Z cyklu „Pół żartem pół serio” – Witajcie Werbkowice!

Nazywam się Cygan, mam 11 miesięcy i 3 maja 2020 roku zawitałem do Werbkowic. Wcześniej mieszkałem pod Zamościem, ale był ze mną jeszcze kolega Bruno, który nie dosyć, że wyżerał mi jedzenie, to jeszcze mnie pogryzł.

Reklamy

 

Ja jeszcze młody jestem i głupi, nie mam w sobie agresji, jestem pogodnym i przyjaznym kundlem. Czasami byliśmy z Brunem zamykani do budy, bo ganialiśmy za kurami i do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, że kogut przestał się ruszać?

Kiedyś pędziłem sarenki po polach, ale nigdy nie udało mi się dogonić, fajtłapa jestem… Co prawda, w moich żyłach nie płynie „niebieska krew”, nie mam rodowodu, ale szybko się uczę i można mnie układać. Jestem mądrym, wiernym i posłusznym psem i nigdy nie zdradzę swojego pana.

Na razie nie interesuję się jeszcze „dziewczynami” i nie to, że jest ze mną coś nie tak, ale przyjdzie na to czas i przy najbliższej okazji na pewno wymknę się cichaczem na jakieś pieskie „wesele”.

W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że na tym podwórku pod Zamościem jestem persona non grata. Przypadkiem usłyszałem w Dog Radiu, że w Werbkowicach ktoś bardzo czeka na czworonoga, więc nie zastanawiałem się ani chwili i szybko swoimi sposobami załatwiłem sobie transport do Werbkowic.

3 maja 2020 roku, jak król jakiś, wjechałem do Werbkowic. Czekała na mnie duża ocieplona buda, duży kojec, ogrodzone podwórko, nowa pani i nowy pan. W dodatku dowiedziałem się na miejscu, że mój poprzednik – owczarek belgijski, nazywał się tak samo jak ja, czyli Cygan.

Na początku zostałem zamknięty w kojcu i dostałem pyszne jedzonko, ale kiedy skonsumowałem obiad, zacząłem strasznie wyć i szczekać, bo tak bardzo nie chciałem być zamknięty i na szczęście tak jest do dzisiaj. Śpię sobie na kocyku pod altanką i to jest bardzo dobre miejsce do obserwacji, bo widzę podwórko od strony chodnika i od strony parku. Wczoraj pogoniłem czarnego kota, ale uciekł mi skubany!

Byłem już z panią na spacerze w dużym i małym parku w Werbkowicach. Bardzo mi się tutaj podoba, piękna miejscowość – są takie ładne domy, tak dużo zieleni i ludzie tacy serdeczni. Co drugi napotkany mieszkaniec chciał mnie głaskać i pytał o imię moje.

Nie potrafię jeszcze grzecznie na smyczy chodzić, bo przecież zwykły kundel jestem i nie mam tego w genach, i nie chcę być pańskim pieskiem, jak laluś jakiś. Zapunktowałem u swojej pani tym, że kiedy spuściła mnie ze smyczy, to na jej gwizd wracałem do nogi, głaskała mnie wtedy i pieszczotliwie mówiła do mnie dobry piesek, dobry, ależ ja byłem wtedy szczęśliwy.

Zawsze marzyłem o tym, żeby być jedynym gospodarzem na swoim podwórku i tak się też stało. Dobrze mi w tych Werbkowicach, biegam sobie po podwórku, często jestem głaskany i zasypywany czułymi słówkami. Jestem dokarmiany przez sąsiadów, już zdążyłem poznać prawie wszystkich i na powitanie macham do nich ogonem.

Trochę mnie zaniepokoiło zachowanie mojej pani, bo zadzwoniła do pana weterynarza i powiedziała, że mam gorące uszy i nos, i czy przypadkiem nie jestem chory. Czasami „nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu”, bo już w przyszłym tygodniu przyjedzie ten pieski lekarz i będzie mnie badał i szczepił od wszystkiego, na pewno będzie mnie to bolało.

Powoli przyzwyczajam się do nowego podwórka. Wczoraj trochę nabroiłem, bo pogryzłem worki ze śmieciami i pan troszkę mnie strofował. Codziennie raniutko w Werbkowicach słyszę bicie dzwonów kościelnych i póki co, nie mogę sobie z tym poradzić. Zaczynam wtedy szczekać i wyć, bo spotykam się z tym pierwszy raz – bardzo przepraszam moich sąsiadów za tak poranną pobudkę. Będę nad tym pracował, żeby się w tym względzie zmienić.

Tak bardzo potrzebowałem miłości i wszystko wskazuje na to, że dobrze trafiłem. Oferując wierność i przywiązanie, chciałbym tutaj zostać na zawsze.

 

Danuta Muzyczka

 

fot. nadesłane