LubieHrubie.pl » Wiadomości

A A A

Stanisław Eugeniusz Bodes - Z cyklu "Chwała Bohaterom" - Dzieje Oręża Polskiego - część 41 "Szarża Lisowczyków na Białej Górze"- 8 XI 1620 (a po czesku - bitva na Bilě hoŕe) - FOTO

Dodał: MAK

Data dodania: 2016-12-10

Co ten Bodes wyrabia, co jeszcze wymaluje i gdzie jeszcze pojedzie, żeby z taką pasją nadal tworzyć obrazy z historii oręża polskiego i nie tylko. Muszę z tego powodu więcej czytać, szukać w Internecie historii, którą mam przed oczami. Jak się połapać w takiej różnorodności wydarzeń, gdzie tyle się dzieje. Przede mną przesuwają się historie polskich żołnierzy jak w kalejdoskopie. Teraz jesteśmy w Pradze, potem w Rosji, żeby w następnym odcinku być w Hiszpanii, a w ciągu miesiąca wrócić w polskie Tatry lub na Dzikie Pola.

Reklama

 

Kiedy wrócisz do spokojnej przystani i będziesz wiódł spokojne życie?

 

            Jak widzisz, nudy w tym nie ma, jak mawia nasza młodzież. Ale to specyfika mojej pracy, pasji i zainteresowań, które mnie pchały w najróżniejsze miejsca. To los, często okrutny rzucał naszych przodków we wszystkie świata strony. Dlatego jestem w tylu miejscach podążając ich śladami. Raz piszę o Francuzach, potem o Niemcach, znać chociaż pobieżnie ich historie, pisownię, żeby poprawnie używać nazwisk czy nazw geograficznych. A zaraz potem walczyć w Hiszpanii z Brytyjczykami, by z kolei przejść na język angielski. Jest to dla mnie niezwykle fascynujące obok malowania poruszać się w sferze problemów językowych. Często przy obrazach średniowiecza trzeba używać łaciny, tak samo w XVI i XVII wieku. Następnie los rzuca mnie na tereny Rosji, żeby potem poznawać nazwy tureckie czy tatarskie. Jak widzisz tego typu atrakcje wynikają z tematu i wiedzy.

 

Muszę zapytać jak długo będzie pracował w malarstwie? Jednak znając przyjaciela nie spodziewam się laby, bo to nie w stylu malarza-batalisty, który dobrze wie jak uatrakcyjnić każdą wystawę i odcinek wywiadu.

 

            Ależ Marku, wiesz przecież, że temat jest jak rzeka i taką rozmowę będziemy kontynuować w miarę naszej wiedzy i zapotrzebowania, bo straty w znajomości historii są ogromne. Degradacja, jaką zafundował nam czerwony socjalizm jest przerażająca, tak samo jak straty walczących o wolność Polaków. Chciałbym żebyśmy zrobili to, co do nas należy z pożytkiem dla naszych dzieci czy wnuków. Nie będę uprzedzał, zatem faktów, bo czasami lepiej nie znać przyszłości.                            

Dlatego bez obawy na początku XVII wieku powędrujemy z arcyciekawą formacją polskiej jazdy na południe od naszego pięknego kraju, gdzie Czesi, a bardziej precyzyjnie Stany Czeskie zbuntowały się przeciw cesarzowi. Lisowczycy, Elearzy, to jedyny przypadek w rodzimej historii, gdy powstały pierwsze oddziały lekkiej jazdy założone przez Aleksandra Lisowskiego na potrzeby wojny z państwem moskiewskim. Żeby odciążyć skarb państwa zgodzono się na układ, że Lisowczycy będą służyć bez żołdu, jedynie za to, co sami zdobędą. Jak się okazało w tej umowie został pies pogrzebany, bo następstwem było szkodliwe rozpasanie towarzystwa, które nie chciało się podporządkować dyscyplinie wojskowej, która jest nieodzowna w każdej armii. Lisowczycy uznawali tylko rotmistrzów, których wybierali ze swego grona, żaden obcy dla nich, nie miał prawa nimi dowodzić czy komenderować poszczególnymi chorągwiami.

 

Jak więc można było polegać na takich żołnierzach, skoro byli tak niepewni i nieprzewidywalni?

 

            No tak, pytanie jest na miejscu, wiele grzechów mają na swoim sumieniu, wielu ludzi wycierpiało przez nich. To z ich powodu miały miejsce niewybaczalne rozruchy w obozie polskim pod Cecorą w 1620 roku, w wyniku, czego nastąpił rozpad armii i klęska zakończona śmiercią hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego.                                                                               

Jedynie podczas wojny z carem moskiewskim otrzymali zezwolenie na akcję dywersyjną. Dopiero wtedy pokazali, co potrafią! W 1000 koni bez taborów ruszyli w tereny, które nie były objęte działaniami wojennymi, czyli daleki rajd na głębokie zaplecze. Podobnie jak przed laty zagon Kmity i Radziwiłła w 1581 roku, który zdezorganizował carskie przygotowania do wojny z królestwem polskim. Dla Lisowczyków wojna na własną rękę była ich żywiołem, w którym czuli się jak ryba w wodzie. W Rosji zdobywali z zaskoczenia miasta, zamki, osady i dwory bojarów, jednocześnie przenosząc się z miejsca na miejsce. Całe wojska zamiast walczyć przeciwko królewskim, musiały uganiać się za niezwykle lotnymi oddziałami, które zawsze znalazły wyjście z każdej pułapki.                     

Lisowczycy jeździli na świetnych koniach, a jeszcze pędzono tabun wybranych koni, tak, że każdy z jeźdźców miał kilka do dyspozycji na zmianę. Szybkość była ich elementem walki, byle tylko zaskoczyć wroga w miejscu nieprzygotowanym.

 

To jak jedli, spali. Przecież byli ranni, gdzie trzymali łupy, które zdobywali po pokonaniu nieprzyjaciół. A zapasy potrzebne na wyprawie?

 

            Ich sposób poruszania się na obcym terytorium polegał na poruszaniu się komunikiem, czyli bez jakichkolwiek wozów. Wszystko, czego potrzebowali, musiało być w sakwach każdego jeźdźca. Korzystano z koni jucznych, które wiozły zapasy, ale jak było źle, porzucali je, bo przeszkadzały w ucieczce. Zdobycz i łupy wojenne musiały się zmieścić w trokach każdego żołnierza. Oczywiście brano tylko małe, ale za to wartościowe przedmioty. Np., gdy zdobywano bogate łupy czy drogocenną broń, to wydłubywano tylko drogie kamienie czy złote monety, bo tylko takie rzeczy były w cenie.  Raz, że zajmowały mało miejsca, dwa, że musiały być bardzo wartościowe.                                    

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepiej było zabić Lisowczyka, a potem bardzo dokładnie przeszukać jego ubranie i wszystko, co woził na koniu.

 

Jak rozpoznawano Lisowczyków, czym się wyróżniali od reszty wojsk?

 

            Na oko wyglądali jak lekka jazda, dopiero po dokładnym przypatrzeniu się, można było dostrzec pewne różnice. Pierwsza, to świetne konie, które musiały być wytrzymałe, szybkie, czyli najlepszej krwi, bo od nich zależało życie i powodzenie w boju. Po drugie, nigdy nie używali uzbrojenia ochronnego, ale byli za to fantastycznie uzbrojeni, chociaż bez przesady. Dysponowali różną bronią, taką jak: szable, bułaty, nadziaki, kindżały. W olstrach bandolety czy półhaki, no i jeszcze łuki, z których, dzięki treningom strzelali nie gorzej od Tatarów. Jeśli chodzi o ubrania, to tradycyjnie i po polsku, ale krótko. Żupany, kontusze czy bekiesze, opończe, na głowie kołpaki i czapy futrzane. Szarawary wpuszczane w wysokie juchtowe buty z ostrogami. Sami zaś wzbudzali strach pokancerowanymi twarzami, pełnymi blizn, które informowały wszystkich, że lepiej zejść z drogi takiego typa. Twarda służba zrobiła z nich specjalistów wysokiej klasy, którzy swoją wartość przeliczali na niezłe sumy.

 

Jak w takim razie znaleźli się w wojsku i na żołdzie cesarskim?

 

            Król i Sejm Rzeczypospolitej lekką ręką pozbył się tych jeźdźców z granic polskich, bo często zachowywali się tak, jak w podbitym kraju. Przecież nie uznawali żadnej władzy nad sobą. Zwłaszcza po wojnie z Moskwą, gdzie dokonali wielu sławnych czynów, rozbijając wrogie oddziały czy też dezorganizując życie daleko na zapleczu carskiego państwa. Potem część z nich przeszła na służbę Dymitra Samozwańca, który potrzebował takich zabijaków. Jednak do kraju wróciły lisowskie grupy na tzw. leża zimowe. No i zaczęło się: Znów zasłynęli z burd i gwałtów na mieniu mieszczan czy chłopów, a i często nie oszczędzali dworów szlacheckich. Gdy nadarzyła się okazja werbunku dla cesarza, chętnie z niej skorzystali, bo w kraju zaczęto już na nich polować, a złapanych wieszano bez sądu.

 

Na zachodzie nie słyszano i nie mówiono o nich dobrze?

 

            Kilkuset Lisowczyków zaciągnęło się pod obce znaki i dopiero pokazali, na co ich stać. Następnie w krótkim czasie stali się słynni i na zachodzie Europy dali się poznać, jako niezwyciężona jazda, dokonując wielu bohaterskich czynów. Usłyszał o nich nawet słynny Holender Rembrandt van Rijn i namalował jednego z tych jeźdźców niezrównanych. Jednak ten portret konny, który wielu tak zachwyca daleki jest od oryginału. Patrzę na ten obraz i odnoszę wrażenie, że mistrz chciał szybko namalować sławnego chwata, z jakim nigdy nie miał do czynienia. Dla mnie jednak nie ma w obrazie nic z polskiej lekkiej jazdy, a także koń nie jest naszego chowu i rasy. Sam zaś konny nie przypomina ognistego kawalera z polskich Kresów.

 

Jacy jeszcze malarze malowali Lisowczyków?

 

            Znakomite typy tej jazdy malował w kilku obrazach Juliusz Kossak, gdzie precyzyjnie pokazał temperament i polskie pochodzenie tych niezrównanych jeźdźców zżytych z koniem od dziecka. Istnieje obraz Kossaka, to jakby kopia Rembrandta, ale dużo lepsza od oryginału. Wojciech Kossak także potrafił oddać właściwy charakter Lisowczyka. Znakomite obrazy wyszły spod ręki Józefa Brandta i jeszcze kilku innych malarzy polskich. Powrócę jeszcze do Lisowczyka Rembrandta, którego wielbiciele oklaskują bez głębszej znajomości jazdy polskiej. Jeździec zapewne malowany na żywo jest dla mnie mało wiarygodny i chociaż ma polski ubiór, to wygląda dziwnie i mało prawdziwie. Zwłaszcza twarz, która nie wiele ma wspólnego z żołnierzem z rubieży Rzeczypospolitej, który przemierzał wielkie przestrzenie Rusi dokonując licznych napadów na tamtejsze garnizony lub który miałby polować na Tatarskie czambuły.                                                                       To taki zniewieściały mieszczuch holenderski przebrany w obcy strój, który nie pasuje do niego i na odwrót. Koń niby osiodłany po polsku, ale nie bardzo przypomina, lisowczykowego wierzchowca, mimo że pod buńczukiem. Historia tej jazdy jest bardzo różnorodna w wydarzenia, które raz zachwycają, by zaraz gorszyć zachowaniem lub okrucieństwem, jakich się dopuszczali.  

Mistrz Rembrandt jak wszyscy wiemy, słynie z zupełnie innego rodzaju malarstwa, w której został klasykiem, a ten obraz żołnierza z koniem był wypadkiem przy pracy i nie należy w tym miejscu popadać w egzaltację.  Zresztą wielkość tego wspaniałego malarza jak wspomniałem wyżej wzięła się z malowania w innym rodzaju sztuki. Tak oto do Holandii zawitał przedstawiciel polskiej jazdy, o których nic nie wiedziano i tak pewnie jest do dzisiaj. Wystarczy zapytać współczesnych obywateli tego państwa.

 

Jednym słowem Lisowczycy byli zmorą i przekleństwem dla wrogów, co można było zrozumieć. Ale, że dla rodaków, to tego nie mogę tolerować. Nie wypada nawet bronić ich z uwagi na złe czyny, które popełnili. Czy tak?

 

            Dla mnie malarza-batalisty, to znakomite typy malarskie, pełne grozy, którą mieli wypisaną na twarzach. Słynęli z burd, które wszczynali na każdym kroku w gospodach i zajazdach. Trzeba było nie lada odwagi, żeby z awantury z nimi wyjść cało. Jednak nie jestem pewien do końca, czy ich zasługi przegrały z ich zachowaniem. Co by nie mówić, byli wspaniałymi jeźdźcami, z którymi żaden nieprzyjaciel nie mógł dać sobie rady. W 1624 roku Sejm potępił w końcu ich rozboje i zezwolił szlachcie na zwalczanie Lisowczyków, czego następstwem w Krakowie już w 1625 roku było powieszenie 24 zbójów.

 

Co dalej, jak się ich udało pozbyć?

 

            Kasztelan ks. Karol Samuel Korecki pod Tulczynem rozbija kilka chorągwi i oddziałów Lisowczyków. Ostatnich z nich przyjęto do wojsk kwarcianych, a taki np. płk Mikołaj Moczarski wziął jeszcze udział w odparciu Szwedów Gustawa II Adolfa na Pomorzy w 1637-1629 roku. Jak widać, parę lat trwało polowanie na ostatnich elearów. Trochę szkoda, że później w zmienionych warunkach nie odmówiono zaciągu. Dobrze się stało, że szczegóły wypraw z lat (1619-1623) opisał kapelan Lisowczyków ks. Wojciech Dembołęcki, czym przyczynił się do większej popularności tej wyjątkowej jazdy.

 

Co zdziałali w obcej służbie?

 

            Zasłynęli przede wszystkim z wielkiej odwagi, determinacji i szybkości, co dla żołnierzy cesarskich było czymś niepojętym. Rtm Walenty Rogowski walcząc w Siedmiogrodzie razem z płk Rusinowskim zdobyli aż 20 sztandarów pułkowych wroga. Pod Humennẽm na Słowacji rozbili wojska siedmiogrodzkie Găbora Bethlema. Wcześniej niezły dowódca rtm Jarosz Kleczkowski 1620 roku w marcu poległ pod Górą Scherit, zanim znaleźli się pod Białą Górą pomagając wydatnie w zwycięstwie.                                                                                     Niewiele osób wie, że dzisiaj Biała Góra, to dzielnica Pragi. Udział Lisowczyków w wojnie trzydziestoletniej, którzy walcząc w Europie zachodniej, w Niemczech, na Śląsku i dalej, bo skąd by się wziął u Rembrandta. Jedno jest pewne, na zachodzie pokazali, czym jest polska jazda i co potrafi. Rozbijali wskazanych nieprzyjaciół popisując się brawurą i jazdą konną porównywalną dzisiaj do kaukaskich dżygitów czy woltyżerki cyrkowej.

 

Czy wiadomo, co się stało z ich dowódcami, czy znamy ich imiona i jak z naszym cyklem bohaterów. Jakie są powody, żeby uznać ich za godną bohaterów?

 

            Poszukam jeszcze dokładniej, żeby mieć pewność potwierdzenia, czy możemy ich uznać i zaliczyć w poczet bohaterów oręża polskiego. Jeżeli nie znajdę odpowiednich postaci, będzie to pierwszy przypadek, gdy znana formacja nie zasługuje na zaszczyt znalezienia się w cyklu „Chwała Bohaterom”. Oddali jednak nieocenione należycie zasługi w trakcie wojny z carem, sądzę, zatem, że założyciel tej grupy Aleksander Lisowski h. Jeż ze swoimi ludźmi zasłużył sobie na tytuł „Bohatera”. Po II wojnie światowej, w nowej antynarodowej rzeczywistości nie zostawiono suchej nitki na Lisowczykach, ale tego należało się spodziewać po czerwonych historykach za ich wspaniałe rajdy na z rzadka zamieszkałe ruskie ziemie i nie pomogły wielkie obławy carskich wojsk, którzy złapanych Polaków obdzierali ze skóry. Sława nieustraszonych niosła ich na skrzydłach, a oni niczym anioły zemsty przenosili się z miejsca na miejsce lotem błyskawic.

 

Co możesz opowiedzieć o wojnie, która toczyła się na płd-zachodzie od granicy królestwa polskiego?

 

            Jest to druga (defenestracja praska), czyli początek powstania stanów czeskich, czym było wyrzucenie na stertę śmieci z okien zamku na Hradczanach znienawidzonych namiestników cesarskich. Byli to: Jaroslaw Bońta z Martinic, Vilem Slavata z Chlumu i sekretarz Philip Fabricius. Nowy rząd, któremu przewodził Waclav Wilhelm z Roupowa zdetronizował króla Czech Ferdynanda i na jego miejsce 16 VII 1619 roku wybrał ks. elektora Palatynatu Fryderyka V. Od razu też szukano pomocy na Śląsku i Morawach. Armia czeska w tym czasie liczyła tylko 16 tys. żołnierzy, którymi dowodzili hr Heinrich Matthias Thun i Georg Friedrich Hohenlohe.             Z protestanckich Niderlandów przyszła zaraz pomoc - regiment piechoty, którym dowodził Ernest von Mansfeld. Został, jak wieść niosła przekupiony przez Czechów. Spore posiłki obiecał także książę Siedmiogrodu Găbor Bethlen, który dość szybko w kilka tysięcy wojska nadciągnął.                                  

Niezmiernie ciekawie wygląda skład armii cesarskiej, ich międzynarodowe siły i oddziały, to jedna mieszanina języków, które rozbrzmiewały w obozie i w polu. Z pomocą cesarskim wojskom nadszedł korpus francuski dowodzony przez Charlesa de Bucquai liczący 8 tys. piechoty i 6 tys. jazdy (d-ca Henri du Val Dampierre). Cesarskich wsparły też wojska ks. Maksymiliana Bawarskiego (Wittelsbach), których w sile 21 tys. żołnierzy, w tym 4 tys. kawalerii prowadził gen. Lejtnant Johann von Tilly (Jean de Tilly).                                    Jest także hiszpańska piechota markiza Ambrożego di Spinola. Znajdujemy wśród nich także „Mnicha w zbroi”, to gorliwy katolik Christian ks. Anhalt - Bernburg i bardzo jeszcze młody oficer Reně Descartes (Kartezjusz). Wszystkie te wojska i ich władcy utworzyli „Ligę Katolicką”, która miała zwalczać rozprzestrzenianie się ruchów protestanckich w Europie. Łącznie wojska cesarsko – francusko – Hiszpańskie i bawarskie przed bitwą liczą ponad 28 tys. żołnierzy. Należy także doliczyć armię Bucqoya, którymi dowodził Johann Eusebius Khuen. Dodatkowo pomoc w stłumieniu buntu nadesłały Niderlandy. Zatem całość wojsk już w pierwszym etapie działań osiągnęła liczbę około 50 tys. żołnierzy.

 

Czyżby bitwa była przed nimi?

 

            Stany Czeskie mają 22 tys. żołnierzy, to niewiele, ale Elektor Palatynatu Fryderyk V wysłał powstańcom 2,6 tys. piechoty, 9 kompanii rajtarów i 6 dział. Czesi szukali także pomocy na Śląsku i na Morawach. Zaczyna się największa bitwa w historii Czech i czeskiej stolicy. Na płd.-zachodnim przedmieściu Pragi, owa (Biała Góra), to niewielkie w sumie wzniesienie 382 m npm, ale ważne wydarzenie, kiedy przy okazji pobytu w Pradze szukałem wiadomości i pamiątek po bitwie. Z jednej strony Czesi, Węgrzy i Ślązacy, z drugiej wojska koalicji Habsburgów. Powstańcy uszykowani w trzy linie obok strumyku Śarka, na końcu jazda węgierska. Jest 8 XI 1620 roku, godz. 8,00 atak rozpoczyna de Tilly, żeby zdobyć szaniec artyleryjski, jednak kontratak protestantów zmusza atakujących do odwrotu. Następuje główny szturm cesarskich na ten sam szaniec (de Bucquoi), także wychodzi uderzenie na prawe skrzydło, tam także stoją baterie, które pod naporem szturmujących zostają zdobyte i obrona Czechów pęka. Następuje powolny odwrót. Nawet heroiczny opór syna ks. Christiana z własnymi oddziałami nic nie dał.

Decydujące uderzenie wykonuje pułk Albrechta Wallensteina (d-ca de la Matěa), który oskrzydla lewą stronę protestantów. W wyniku walk nastąpiła ucieczka Czechów z tej strony, których przez kilka km ścigają Lisowczycy. Wiadomo, jakie straty musieli zadać pierzchającym w panice oddziałom. Chorągwie Rusinowskiego dokonują swoim zwyczajem pogromu. Resztę powstańców ratuje ucieczka do Saksonii, a część nawet do polski. Straty Czechów wyniosły 2-9 tys. zabitych i jeńców, natomiast po stronie „Ligi” 800-2,5 tys. 

 

 

Jak wygląda sytuacja po klęsce wojsk protestanckich, czy długo jeszcze będzie trwał opór?

 

            Mogę dodać, że panice nie poddał się jedynie pułk morawski, gdzie służyli prawie sami Niemcy, z których większość zginęła. Po zwycięstwie zaczyna się też dyskryminacja Czechów. Z Pragi ucieka „Zimowy król” ks. Fryderyk V (panował 1 rok i 4 dni). Habsburgowie wprowadzają terror, w samej tylko stolicy na rynku ścięto 27 najważniejszych przedstawicieli szlachty czeskiej (husyckiej). Łącznie zamordowano ponad 600 osób elity społeczno-kulturalnej. Przedstawicielem cesarza na „Hradczanach” został Maciej Habsburg i od niego płyną rozkazy, które większość żołnierzy gorliwie wykonuje, by nie być posądzonym o sprzyjanie buntownikom.

 

Jak widać, dość srogo obchodzono się z pokonanymi?

 

            Dnia 20 II 1621 roku, kogo nie aresztowano, ten musiał opuścić kraj, zwłaszcza wszyscy kalwińscy duchowni. Nowe prawo ogłoszono 13 III w tzw.„Mandacie cesarskim”, który zaczął obowiązywać od zaraz, dając jednak niektórym czas na przyznanie się do winy. Protestanci jednak ratując życie uciekali w dalszym ciągu na Śląsk i do Polski, gdzie tworzono wspólnoty tzw. „Braci Czeskich”. Terror trwał kilka lat, aż ziemie zostały niebezpiecznie wyludnione (mowa o stracie ¾ mieszkańców. Czechy zostały zrujnowane ekonomicznie, panowała nędza. Zlikwidowano w końcu niezależność królestwa, a w to miejscu utworzono dziedziczne prowincje, dodając skonfiskowane majątki, które przekazano lojalistom. To po tych faktach pochodzi zapewne część arystokracji niemieckiej jak znane rody Schwarzenberg, Lichtenstein i Trautmansdorf.                                  Tępiono zawzięcie język czeski i kulturę, podobnie jak 150 lat później w Polsce. Jak się okazuje na terenach podbitych szczególnie nasilono germanizację.

 

Wracam do Lisowczyków, bo to unikalny wzór skuteczności lekkiej jazdy w pierwszych latach XVII wieku. Co jeszcze możesz nam powiedzieć?

                                              

            Historycznie to dużo, ale nie po to się spotykamy. Kiedyś namalowałem kilka obrazów z dziejów lisowskiego bractwa, którym dziwnym trafem mimo wielu obiekcji, co do ich moralności jestem w stanie niekiedy przyznać im rację. Ale tylko za bardzo duże zasługi w wojnie z carem, gdy atakowali na olbrzymich przestrzeniach wrogie wojska, siejąc strach i przerażenie. Swoją dywersją na głębokim zapleczu wroga zasłużyli się Rzeczypospolitej ułatwiając działania armii polsko-litewskiej. Potem, gdy zdziczeli zbyt długą służbą bez kontroli, pełnej rozbojów, a zwłaszcza, kiedy Ojczyźnie przestali być użyteczni. Stali się, więc dla mieszkańców postrachem na wzór dzikich Tatarów.    

 

Podsumowując naszą rozmowę, mamy ich potępić czy też usprawiedliwić niektórych za mniejsze zło?    

 

            Sądzę, a nawet jestem pewien, że różne grupy watażków, pospolici grasanci nie mając nic wspólnego z Lisowczykami, dokonując zwykłych mordów i grabieży mogli się pod nich podszywać, jak choćby taka Kmicicowa kompania, która nie różniła się bardzo od zwykłej bandy, których było pełno w tamtym czasie.       Coraz częściej ich winy miały dramatyczne skutki, które nie zostały mimo wielu bohaterskich wyczynów nie naprawili zła, które wyrządzili licznym ludziom z miast i wsi, a także wielu szlacheckim dworom, których mieszkańcy padli ofiarą zbójeckich najazdów. Suma sumarum, rachunek wypada negatywny. Wszystkie za i przeciw, trochę ryzykując postanowiłem zaliczyć mimo wielu mankamentów sporą część formacji lekkiej jazdy zwaną Lisowczykami do grona niezwykle skutecznej kawalerii w dziejach oręża polskiego i tym samym umieścić ich w cyklu „Chwała Bohaterom” jako wielce zasłużonych w pokonywaniu nieprzyjaciół.

           

Czy negatywny wizerunek tych żołnierzy będzie im towarzyszył już do końca?

 

            Tak by chciało wielu, którzy przed laty skazali Lisowczyków na wieczną infamię, podobnie jak wszystkich innych, którzy podnieśli broń na nie wroga. Dziwnym trafem legenda lekkiej jazdy stała się sławna w literaturze i w malarstwie i nawet po wiekach owa popularność wcale nie maleje. Musiała wielu imponować ich skuteczność w walce, żelazna dyscyplina podczas wyprawy, na którą sami się godzili, podobnie jak kozacy Zaporożcy, którzy każdy przejaw braku rygoru wojennego karali śmiercią. Lisowczycy stanowili własne prawo na wypadek działań wojennych. Wybierając swoich komendantów z autorytetem i oni tylko mogli surowo karać swoich współbraci za różne występki. Pozostaje nam zapamiętać Lisowczyków, jakimi byli, bez koloryzowania ani w jedną, ani w drugą stronę. Świetni jeźdźcy na świetnych rasowych koniach i niezrównani w każdej walce. Strach, który ich wyprzedzał był przestrogą dla tych, którzy chcieli bić się z zabijakami spod chorągwi lisowskich. Nie bez powodu, często patrzą na nas z obrazów ludzie dumni, bohaterowie zagonów kawaleryjskich, znakomite typy polskich Sarmatów, którzy na pewno nie wyglądali tak mieszczańsko jak u Rembrandta.

Jak zawsze i zgodnie z tradycją prezentuję kilka zdjęć z przeszłości, gdy robię ostatni retusz przy Lisowczykach. Razem z koleżanką Basią na kawie w domu Łucji Watras. W czasie o ile pamiętam historycznej wystawy w zamojskim arsenale podczas czytania wiersza pt.„Dzikie Pola” w towarzystwie dziennikarki Małgosi Siennickiej, która z ekipą TVP Lublin parę dni temu do programu „Kreatywni” robiła reportaż o 50-leciu mojej pracy twórczej i wystawie w salach Muzeum im. ks. St. Staszica. Na innym zdjęciu jestem w ogrodzie botanicznym we Wrocławiu oraz przed pracą Franciszka Starowieyskiego, czy na koniu ze stajni Wojtka Ciesielczuka i z owczarkiem Straży Granicznej.

 

Galeria:

 

„Szarża Lisowczyków pod Białą Górą” – 8 XI 1620, ol.-pł. 68,5x100 cm, (1994) nr inw. 444

„Martynów- 1624”, ol.-pł. 70x60 cm, (1985) nr inw. 218

„Lisowczyk w walce”, akw. karton, 68x101 cm, (1973) nr inw. 51

„Bitwa ze Szwedami na Pomorzu-bez szansy”, ol.-pł. 70,5x64,5 cm, (1989) nr inw. 306     

 „Jeden przeciwko trzem”, ol.-pł.35x52 cm, (2004) nr inw. 665

 

 

Reprodukcje i zdjęcia: Zofia Bodes,

Wywiad: Marek Ambroży Kitliński

Opracowanie: Stanisław E. Bodes i Marek A. Kitliński




Czytaj również - (Galerie):

Stanisław Eugeniusz Bodes – „Chwała Bohaterom” - Dzieje Oręża Polskiego – część 38 „Mielejczyce – 1920”

Stanisław Eugeniusz Bodes - „Chwała Bohaterom” - Dzieje Oręża Polskiego – część 39 "Worskla - 1399"

Stanisław Eugeniusz Bodes – „Chwała Bohaterom” - Dzieje Oręża Polskiego – część 40 „Nieudana szarża Spahisów – Parknany 9 X 1683”

itd. do pierwszego numeru

 

Wydania specjalne - (Galerie):

Stanisław Eugeniusz Bodes – „Chwała Bohaterom” - Dzieje Oręża Polskiego – Wydanie specjalne nr 9 - Jubileusz

Stanisław Eugeniusz Bodes „Chwała Bohaterom” - Dzieje Oręża Polskiego - Wydanie specjalne nr 10 – „Wyprawy Krzyżowe”

Stanisław Eugeniusz Bodes – „Sława i Chwała Bohaterom” – wydanie specjalne nr 11 - Jubileusz 50-lecia pracy twórczej nad historią oręża polskiego

itd. do pierwszego numeru


 

Podziel się:
« wstecz

GALERIA:


SKOMENTUJ:

Aby komentować zaloguj się, jeśli nie masz konta zarejestruj się.


KOMENTARZE: 0