Coraz bliżej święta…

Będzie to długa opowieść o: Św. Mikołaju w gminie Werbkowice, mojej dziwnej przygodzie, która trwa do dzisiaj, bajka o biednym, bogatym i Panu Jezusie, podziękowanie dla dobroczyńców, moja świąteczna refleksja.

Reklamy

 

Dzisiaj 22 grudnia 2019 roku, odwiedził nas w gminie Werbkowice św. Mikołaj, który jak już wcześniej pisałam – był na polowaniu, żeby na dzisiaj zrobić świąteczne pachnące wędlinki.

Byliśmy u czteroletniej dziewczynki, której tatuś odszedł już do nieba, z paczką od dobrego Mikołaja z Białej Podlaski i zapełniliśmy lodówkę, którą wspaniali piłkarze „wykopali” swoimi nogami na turnieju w Mirczu.

Byliśmy u pana Żaby ze świąteczną wędlinką – co prawda piec dobrze grzeje i jest cieplutko, ale raty duże trzeba płacić za materiały i mało pieniążków zostaje na życie. Pan Żaba za to, że jest taki grzeczny już 12 lat , dostał jeszcze od św. Mikołaja „stówkę” na zakupy świąteczne.

Byliśmy jeszcze u bardzo fajnych dzieci, ale nie zastaliśmy nikogo i zostawiliśmy podarunek pod domem.

Byliśmy też u pewnej starszej pani, której rozmowę podsłuchałam wczoraj na rynku. Opowiadała swojej znajomej, że zapłaciła 200 złotych za leki i za mieszkanie 180, no i zastanawia się, czy na święta kupić ciastka, czy wędlinę, bo nie wystarczy jej do emerytury. Też nie zastaliśmy jej w domu i powiesiliśmy jej prezencik na drzwiach, z życzeniami (na zdjęciu powyżej).

Byliśmy też u pewnego pana, o którym napiszę poniżej.

Jesteśmy w okresie przedświątecznym, każdy z nas jest zapracowany, w pośpiechu robimy zakupy, sprzątamy i czekamy na gości.

W każdym z nas, w tym okresie budzi się jakaś nieokreślona bliżej dobroć, jesteśmy bardziej życzliwi dla ludzi i chcielibyśmy obdarować swoim dobrem cały świat.

Święta B. N. to taki czas, że nikt nie powinien być głodny i opuszczony, czasami trzeba się rozejrzeć dookoła, bo być może jest ktoś, kto nie radzi sobie sam, ze swoim życiem. Życie pisze ludziom różne scenariusze, nawet jak niektórzy „spieprzą” swoje życie na własne życzenie i teraz są bezdomni, brudni i obdarci, to też trzeba im pomóc.

W tym cudownym czasie, kiedy już kolędy brzmią nam w uszach, miejmy szeroko oczy otwarte i wyostrzony słuch, bo czasami obok nas jest głodny i samotny człowiek.

Nawiązując do tego co napisałam, przypomniała mi się stara ludowa bajka, którą kiedyś opowiadali starsi ludzie.

 

Bajka o biednym, bogatym i Panu Jezusie

W pewnej wiosce, żył sobie ubogi człowiek który miał 6 dzieci i za mało ziemi, żeby wykarmić rodzinę. Dlatego też zatrudnił się dodatkowo u młynarza, ale młynarz mu za pracę nie płacił, tylko mógł zabierać resztki tego, co rozsypało się po młynie.

Żona biedaka z tych resztek gotowała dzieciom kluseczki, krupniczek i dzieci nie cierpiały głodu.

Lecz któregoś dnia, młynarz wezwał do siebie biedaka i powiedział mu, że za dużo go kosztuje i ma u niego duży dług. W związku z tym musi mu oddać swoje gospodarstwo i dom. Biedak jakoś uprosił bogacza, żeby dał mu chociaż pół roku, na co młynarz się zgodził.

Wrócił biedak do domu i o wszystkim opowiedział swojej żonie, bardzo matka dzieciom się tą wiadomością zmartwiła i kazała biedakowi iść po drewno i chrust do lasu.

Poszedł biedak do lasu i po drodze spotkał kapliczkę z Jezusem Dobrotliwym, padł na kolana przed Jezusem i swoje żale przed nim wypłakał.

Nie martw się powiedział Jezus, wkrótce zajrzę do ciebie, wracaj do domu.

Żona biedaka z ostatnich resztek mąki, ugotowała lichą zupinę i siedziała bardzo zmartwiona.

Nagle do ich drzwi zastukał starszy, obdarty, ubogi i bardzo głodny dziadowina, który prosił o kromkę chleba, bo nic nie jadł od tygodnia.

Biedaczka jednak nie miała chleba i poczęstowała głodnego wędrowca byle jaką zupą. Dziadek usiadł na progu zjadł miskę gorącej zupy, po czym podziękował i poszedł.

Kiedy biedak wrócił do domu z drewnem i chrustem, zastał otwartą komorę, gdzie było pełno jedzenia i worków z pieniędzmi. Biedak czym prędzej poszedł oddać dług młynarzowi, opowiadając mu, jak się wzbogacił dzięki Jezusowi.

Poszedł więc bogaty młynarz pod kapliczkę do pana Jezusa i opowiedział mu, jaki on jest biedny i nieszczęśliwy. Jezus Dobrotliwy kazał mu wracać, do domu i powiedział tak, jak biedakowi, że wkrótce do niego przyjdzie.

Wrócił młynarz do domu i wielką ucztę przygotował, stoły uginały się od jadła i z niecierpliwością czekał na szczególnego gościa. Ale zamiast Jezusa najpierw zapukał jakiś głodny dzieciak w łachmanach, na którego spuścił psa, później wyszła z dziury myszka mała i prosiła o kilka okruszków, i wróbelek głodny prosił o kilka ziarenek dla małych pisklątek, ale młynarz nie ugościł nikogo, wręcz przeciwnie – bardzo szybko ich pogonił, rzucając czym się tylko dało.

Zdenerwowany poszedł powiedzieć Jezusowi w oczy, jak bardzo go oszukał – czekałem na ciebie, a ty nie przyszedłeś. Pan Jezus na to mu odpowiedział – byłem u ciebie, to poszczułeś mnie psem, jak to rzekł młynarz – to jakiś głupi dzieciak był głodny. Tak, był, ale go nie nakarmiłeś, ale ciebie to nie wzruszyło, bo serce z kamienia masz, i jeszcze posłałem myszkę i wróbelka, ale też ich pogoniłeś, a przecież to stworzenie Boże i oddane pod opiekę człowieka.

To tylko bajka, ale daje do myślenia…

 

Moja dziwna przygoda, która trwa do dzisiaj…

W październiku 2019 roku, kiedy jeszcze prowadziłam swoją działalność, w budynku S.M. w Werbkowicach, wydarzyła się dziwna historia, która trwa do dzisiaj.

Lokal znajduje się w samym rogu budynku i stali bywalcy ławeczek na skwerku, od 10 lat zrobili sobie w tym rogu „knajpkę” i toaletę, walczyłam z tym bardzo długo, ale nie dałam rady.

Któregoś dnia, wcześniej niż zwykle, przyszłam do pracy i na gorącym uczynku złapałam gościa, który korzystał z toalety.

Wtedy chyba jakiś diabeł wstąpił we mnie, bo wrzeszczałam na całe Werbkowice, ile tylko sił miałam w gardle, wyrzuciłam z siebie wszystkie żale za 10 lat urzędowania w tym miejscu.

Wtedy stała się rzecz niesłychana, bo facet (nazwijmy go Ricardo spod Werbkowic), po cichutku rzekł do mnie te słowa.

Zadzwoń na policję, dobij mnie, skop leżącego, ty możesz wszystko zrobić, bo jestem nikim, jestem zerem, wrakiem człowieka i alkoholikiem, i bardzo mnie zaczął przepraszać. I jeszcze powiedział, a ja tak cię lubiłem i szanowałem i zawsze na przywitanie mówiłem ci cześć Danuś…

Do końca dnia mojego urzędowania czułam się podle, nie mogłam się na niczym skupić, miałam żal do siebie za to, że tak głośno wrzeszczałam na Ricarda.

Na drugi dzień szukałam wzrokiem Ricarda na ławeczkach, ale go nie było, miałam w torebce słoiczek gorącej zupy pomidorowej na przeprosiny.

Po jakimś czasie pojawił się na tej ławeczce co zwykle, usiadłam obok niego, ale odwrócił się obrażony i kazał mi sobie iść w cholerę.

Ale ja nie odeszłam, wyciągnęłam zupę w słoiczku i wcisnęłam mu łyżkę do ręki, Ricardo spojrzał mi głęboko w oczy i się troszkę popłakał, ale bardzo trzęsącą się ręką zjadł połowę zupy.

I kiedy się uspokoił, zaczął o sobie mówić tak, cytuję:

Jestem wrakiem człowieka, przepiłem całe swoje życie, straciłem rodzinę, jestem chorym alkoholikiem bez powrotu, nie mam nikogo na świecie. Jestem śmieciem, zerem i któregoś dnia „zdechnę” jak ten pies i nikt nawet po mnie nie zapłacze, myślisz że nie chciałbym, żeby mnie ktoś przytulił na święta?

Kiedy skończył mówić, zapytałam go czy ma gdzie spędzić wigilię, bo u mnie przy świątecznym stole będzie puste miejsce na niego czekało, ale odpowiedział że jest już zaproszony.

Powiedziałam jeszcze, że alkohol do końca nie wypłukał u niego ludzkich uczuć i widzę dla niego szansę powrotu do normalności, ale on bardzo zdecydowanie zaprzeczył moim słowom.

Upłynęło kilka dni, kiedy nasmażyłam placków ziemniaczanych i tak, jak wcześniej podeszłam do ławeczki, na której siedział Ricardo. Był bardzo zły, bo był na „głodzie”.

Zjadł dwa placki, resztę włożył za pazuchę i powiedział do mnie tak, nie przynoś mi więcej jedzenia, nie rób ze mnie jakiegoś dziada, jeszcze resztkę honoru w sobie mam, ja nie jestem głodny.

Bardzo szybko opuściłam ławeczkę, ale z okna obserwowałam go i zauważyłam, że po jakimś czasie zjadł resztę placków.

Znów minęło kilka dni, kiedy spotkałam bardzo wesołego Ricarda na kwadracie, niosłam kiszoną kapustę na bigos świąteczny i wtedy powiedział, że bigosu chętnie by zjadł ode mnie, bo mu wszystko wcześniej smakowało.

Kiedy dobry Święty Mikołaj zapytał dzisiaj, kogo jeszcze trzeba nakarmić świąteczną wędlinką, to nie miałam wątpliwości, że to będzie też Ricardo.

Szukaliśmy go wszędzie dzisiaj od rana, aż wreszcie pojawił się, był w dobrym humorze i bardzo dziękował Mikołajowi. Myślę, że ten nasz ludzki gest zmieni chociaż troszeczkę jego myślenie o innych ludziach, bo póki co to Ricardo ma bardzo złe nastawienie do świata.

 

Już wkrótce zakończy się 2019 rok. W imieniu obdarowanych serdecznie dziękuję wszystkim wspaniałym ludziom, którzy bardzo mocno weszli w pomaganie osobom potrzebującym pomocy.

To dzięki tym wszystkim dobrym ludziom, miałam wielką przyjemność widzieć radość obdarowywanych.

Nikt tak nie umie się cieszyć z ludzkich gestów jak ci, których los mocno „przeczołgał” przez życie.

Dobroczyńcy nigdy nie pytają, dlaczego ten ktoś potrzebuje pomocy i czy zasługuje na pomoc. Oni po prostu pomagają.

Jestem w 100 % pewna, że na tym naszym marnym świecie ciągle jeszcze istnieją wśród nas Anioły. Nie mają wprawdzie skrzydeł, lecz ich serce jest bezpiecznym azylem dla wszystkich, którzy są w potrzebie.

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

Danuta Muzyczka