Marylin Monroe spod Hrubieszowa

Będzie to długa, prawdziwa historia ciężkiego życia, pięknej Helenki z naszych stron…

Reklamy

Helenka była najmłodszym dzieckiem w pewnej podhrubieszowskiej rodzinie. Miała dwie starsze siostry, ojciec był kierowcą w PKS, matka była krawcową i prowadziła dom. Oprócz tego, rodzice Helenki posiadali niewielkie gospodarstwo rolne.

Rodzice Helenki starali się jak najlepiej wychowywać swoje córki, wpajali im tradycyjne wartości, takie jak: rodzina, religia, pokora do życia i hierarchia w rodzinie i społeczeństwie.

Kiedy Helenka zdała do 8 klasy, obydwie siostry wyfrunęły z rodzinnego gniazda i pojechały do dużego miasta szukać pracy i tam układać swoje życie.

Helenka, już jako mała dziewczynka, zwracała uwagę ludzi swoją nietuzinkową urodą – burza złotowłosych kręconych włosów, niejednokrotnie wzbudzała zachwyt u znajomych rodziców. Oprócz tego, już od 12 roku życia, pięknie deklamowała wiersze, a swoim aksamitnym głosikiem podbijała wszystkie akademie i szkolne uroczystości, czasami też śpiewała w kościele.

Rodzice Helenki z miłością i czasami z łezką w oku obserwowali swoją małą lokalną „wschodzącą gwiazdkę”, byli bardzo z niej dumni tym bardziej, że bardzo dobrze się uczyła, była ich mądrą i poukładaną córeczką.

Czas szybko mijał, Helenka ukończyła szkołę podstawową, zdała egzamin do dobrego liceum w powiatowym miasteczku i w międzyczasie młoda dziewczyna przeistoczyła się z pączka, w piękny niewyobrażalnie piękny kwiat.

Helenka olśniewała swoją urodą, natura dała dała jej wszystko, co w kobiecie najpiękniejsze – duży biust, wydatne usta, długie nogi do samego nieba, figurę osy, zjawiskowo zielone oczy i te blond włosy do pasa robiły wrażenie, nie dało się przejść koło niej obojętnie. Ludzie mówili do niej, że jest piękna, jak Marylin Monroe, ale ona wtedy tego nie rozumiała. Mówili też – daleko zajdziesz Helenko, bo jesteś ładna zdolna, mądra i utalentowana.

W średniej szkole, niejeden kolega stracił dla niej głowę, ale Helence nie w głowie były amory, bowiem zgodnie z dobrym wychowaniem, najważniejsza była nauka. Helenka nadal pięknie śpiewała i wygrywała szkolne, powiatowe, a nawet wojewódzkie konkursy recytatorskie, świat show biznesu stał przed nią otworem.

Upomniały się o nią domy kultury i została wysłana na warsztaty śpiewu i recytacji do Lublina. I tam pierwszy raz jej serce mocniej zabiło do wykładowcy animatora kultury, który prawił jej komplementy, obiecując królewskie, miejskie i beztroskie życie. Prosił ją – nie wracaj na wieś, ty się tam nie nadajesz, zrobisz furorę w wielkim świecie, ale dla Helenki w tym czasie to był jakiś nieosiągalny kosmos.

Kiedy zdała do klasy maturalnej, pojechała w lipcu na wczasy nad morze od ojca z pracy, poszła na zarobek do pielenia buraków i za zarobione pieniążki kupiła sobie strój kąpielowy w biało czarne kropki, kilka bluzeczek, spódniczek mini, tenisówki białe i sandałki na koturnie.

Wsiadła do pociągu z Lublina do Gdyni, wystraszona i już tęskniąca za rodzicami skromna młoda wiejska dziewczyna. Ale powoli w pensjonacie poznawała koleżanki i dawała jakoś radę, ciepłe lipcowe dni sprawiały, że Helenka codziennie opalała się, namiętnie zażywając morskich kąpieli w słonej wodzie.

Kiedy wieczorem poszła na tańce do przymorskiego lokalu, to świat jej zawirował w tańcu, kątem oka widziała, jak męska część dyskoteki patrzyła z pożądaniem na nią i chociaż sprawiało jej to przyjemność, to jej skromność i dobre wychowanie grzecznej panienki nie pozwalały szaleć do białego rana i często „po angielsku” opuszczała lokal, gdzie rozochoceni faceci pożerali ją wzrokiem.

Jednak w przedostatnim dniu swojego pobytu nad morzem, Helenka zapoznała wczasowicza z okolic Warszawy. Studiował medycynę i był nieziemsko przystojny. Zauroczył ją swoim nienagannym zachowaniem i pięknie mówił, nawet odprowadził ją na pociąg do Lublina. Wymienili adresy, ale miłość na odległość nie zdała egzaminu.

Na swój bal maturalny Helenka zaprosiła syna pierwszego powiatowego sekretarza rządzącej partii i chętnie się zgodził, co w tych czasach było dla niej nobilitacją. Pojechała z mamą do Chełma, kupić materiał na sukienkę i czarne szpileczki. Helenka powoli i ochoczo wchodziła w dorosłość z czego bardzo się cieszyła.

Mama krawcowa, uszyła jej piękną czarną balową sukienkę, a na szydełku zrobiła jej biały kołnierzyk, bo wówczas była taka moda i Helenka wyglądała na swojej studniówce, jak „milion dolarów”. Oprócz tego, z powodzeniem brała udział w części artystycznej, jej bardzo dumni i szczęśliwi rodzice oklaskiwali swoją Helenkę wspólnie z publicznością.

Helenka dobrze zdała maturę i wtedy rodzice przeprowadzili z nią rodzinna rozmowę, mówiąc jej: widzisz córciu, obydwie siostry poszły z domu, my jesteśmy coraz starsi, nie zostawiaj nas samych i nie wyjeżdżaj daleko, zapiszemy ci pole, poszukaj sobie pracy gdzieś blisko – albo w Kółku Rolniczym, albo w sklepie geesowskim, my ci pomożemy, zawsze będziesz mogła na nas liczyć. A tak naprawdę to posiedź sobie z jeden rok w domu i odpocznij troszeczkę, a w międzyczasie jakaś praca się znajdzie.

Tak też zrobiła Helenka, siedziała w domu pomagając rodzicom, czasami wychodziła gdzieś ze znajomymi na wiejskie zabawy albo do Klubu Rolnika. Co prawda kręcił się koło niej pewien chłopak z sąsiedniej wioski, niebrzydki był i nawet inteligentny, ale jakoś nie miał tego czegoś co budzi „motyle w brzuchu”.

Oczywiście, mama mówiła do niej: zobacz Helenko, jaki to wartościowy chłopak, urzędnikiem jest w powiecie, cała wieś o tym wie, że zakochany w tobie na zabój, lepszego nie znajdziesz, miłość z czasem przyjdzie, a rozsądek w każdym małżeństwie musi być. Ale to nie przekonało Helenki, wręcz przeciwnie – znienawidziła biedaka, znalazł sobie inną dziewczynę i wkrótce się ożenił.

Kiedy przyszła informacja, że jest wiejska zabawa na wsi, to Helenka ani minuty się nie zastanawiała, wystroiła się i z koleżanką poszły w tany, wypiły po lampce wina na odwagę. Skrzydła młodości, wypite wino i cudna muzyka w wykonaniu zespołu, sprawiły że wirowały w tańcu niczym motyle, w swoich falbankowych sukieneczkach.

W pewnym momencie ukłonił się do tańca Helence chłopak, który nie miał dobrej opinii na wsi. Był gburowaty, nie mówił nikomu „dzień dobry”, często widziany był pod sklepem i znany był z tego, że nie „przepuścił” żadnej panience, cokolwiek by to znaczyło…

Był wysokim, dobrze zbudowanym młodzieńcem – taki wiejski „Maczo”, więc porwał wiotką Helenkę do tańca, spoglądając kilkakrotnie zdezorientowanej dziewczynie głęboko w oczy i stało się… do domu nad ranem wróciła już inna Helenka, wesoła i czekająca na następne spotkanie z utęsknieniem.

Sama Helenka się nie spodziewała, ze znajdzie miłość tak szybko i tak blisko. Pomimo próśb matki, Helenki serce wiedziało co ma robić, spotkała chłopaka, który miał to coś, czego długo szukała.

Po roku narzeczeństwa, Helenka wyszła za mąż i zamieszkała z mężem i teściami, wyprowadzając się z domu zrozpaczonych rodziców.

Na początku małżeństwa czasami wychodzili z mężem na wesela i zabawy, ale wkrótce okazało się, że uroda Helenki sprowadzała na nią spojrzenia mężczyzn i zazdrosny mąż nie mógł tego zdzierżyć, więc zaprzestali imprezowanie na zawsze.

Niedługo po ślubie, pan mąż poinformował młodą żonę o decyzji którą podjął, ze swoimi rodzicami, że dostawiają w oborze więcej bydła i świń, bo doszła siła robocza i jest teraz komu przy tym robić. Helenka posłusznie przytaknęła, bo cóż miała robić – sama wybrała takie życie.

Wstawała o 5 rano do obrządku, później szła w pole, pranie, gotowanie w domu i wieczorem ponownie obrządzać „towarzystwo” w oborze i tak „wkoło Macieju”… Pan mąż wychodził wieczorami do kolegów grać w karty, w tym czasie Helenka padnięta i narobiona padała ze zmęczenia.

Wkrótce okazało się, że Helenka jest w ciąży, ale nie miała u pana męża żadnych „forów” z tego powodu. Dźwigała wodę wiadrami, zapodawała siano widłami w górę, a na cały dzień chodziła w pole dziabać buraki i ogród.

Jednak zdrowa wiejska dziewczyna, szczęśliwie donosiła ciążę i urodziła piękną podobną do niej córeczkę. Czas szybko płynął i nic się nie zmieniało w życiu Helenki, może tylko to, że urodziła już piąte dziecko (synka) i tylko miłość do dzieci trzymała ją przy życiu.

Pomimo pomocy rodziców, Helence było bardzo ciężko, ale przysięga dana mężowi przed ołtarzem i presja małej miejscowości, nie pozwoliły zostawić pana męża, bo co by ludzie powiedzieli.

Tęskniła za minionym czasem, często myślała o animatorze z Lublina, o studencie medycyny z Warszawy i nawet o urzędniku powiatowym, który kochał ją nad życie – a ona miała serce z kamienia.

Coraz częściej oglądała swoje zdjęcia z młodości znajdując swoje podobieństwo do Marylin Monroe i przyznawała ludziom rację. Czasami śpiewała, kiedy nikt nie słyszał sprawdzając, czy w tym swoim ciężkim życiu nie straciła głosu i pięknej dykcji, która nazywa się „Iskra Boża” – czyli talent.

Minęły długie lata, Helenka i jej pan mąż są już emerytami, a gospodarstwo rolne przekazali swojemu synowi.

Helenka lekko posiwiała, jednak nadal ma piękne rysy twarzy. Pomimo zmarszczek i bruzd z racji swojego wieku, już nie ma nóżek, jak sarenka, bo z dźwigania ma chore kolana, ciężka praca zdeformowała jej kiedyś smukłe dłonie, straciła bezpowrotnie ten błysk w oczach, którym niegdyś łamała męskie serca, nadal śpiewa w chórze kościelnym.

Natomiast pan mąż stracił włosy bezpowrotnie, dalej jest gburowaty, nie gra już w karty bo wzrok nie pozwala, czas pochylił jego postawną kiedyś sylwetkę i nie ma już tego świdrującego wzroku, przez który dziewczyny traciły rozum.

Historia lubi zataczać koło, córka Helenki popełniła podobny życiowy błąd jak ona sama, ale to już odrębna historia…

c.d.n…

­

Danuta Muzyczka

Zobacz też:

Kampania „buraczana” (ZDJĘCIA)

Kampania „buraczana” (ZDJĘCIA)