„Ostatni Mohikanin” szewskiego fachu w Werbkowicach

Od 2 czerwca 2020, szewc pan Edek otwiera Zakład Szewski w Werbkowicach. Wrócił i na szczęście nie wyrzekł się zielonej budki, przy ulicy Piłsudskiego.

Reklamy

 

Już trwają przygotowania, ze względów bezpieczeństwa zakład jest malowany i odświeżany, białą olejną farbą od wewnątrz. Srebrny żelazny piecyk już gotowy do grzania i herbatkę można na nim ugotować, i grzane piwko zrobić. Myślę, że zakres działania piecyka jest wielofunkcyjny…

Panu Edkowi po 3 miesiącach przerwy w pracy, troszeczkę się przytyło, ale myślę że to na plus.

Wybrałam się dzisiaj tak, jak kiedyś bywało, na pogawędkę do pana Edka. Pachniała intensywnie olejna farba. Usiadłam na starych niewygodnych „pikołkach” i pogadaliśmy o wszystkim, i o niczym. Zostawiłam też do całkowitej przeróbki nowe sandały i jestem przekonana, że zrobi to dobrze i w iście mistrzowskim stylu.

Pan Edek powiedział mi, że ze względu na jego 75 lat, będzie zakład otwierał w dni robocze na 2 lub 3 godzinki codziennie rano, oczywiście oprócz poniedziałku. Powiedział mi też, że kiedyś uczył fachu szewskiego więźniów w kilku zakładach karnych, naprawiali buty, szyli piłki, torby itp. Szkolił też młodych uczniów szycia butów w Fabryce Obuwia w Chełmie, bo prawdziwy szewc to nie jest ten, co wymieni fleczki czy zelówki, ale ten, co uszyje buty na miarę dla konkretnej osoby. A tego czeladnik, musiał się od mistrza uczyć przez długie lata.

Teraz już nie ma uczniów, czeladników i jest brak kontynuacji zawodu – niektóre warsztaty szewskie umierają wraz z właścicielami. W dzisiejszych czasach, młodzi ludzie nie są zainteresowani rzemiosłem, bo nie ma zapotrzebowania na polskie wyroby, dobrej jakości, które by służyły nawet kilkanaście lat. No cóż, nasz polski rynek został zalany azjatycką tandetą, w dodatku jesteśmy kuszeni ofertami i promocjami, na niekoniecznie dobre produkty. Owszem, wyglądają ładnie, ale niejednokrotnie są oszukane i złej jakości.

Czasami tęsknimy do lat 70 – 80, kiedy to w dużych miastach i małych miasteczkach, na każdym rogu kamienicy, lub ukrytych gdzieś w małych zakamarkach miasta uliczkach i każdej przydrożnej budce, urzędował jakiś rzemieślnik. Gdzie się podziały nasze polskie Cepelie, tak pięknie wówczas kwitło rękodzieło i można było kupić ręcznie wyrabiane, drewniane korale lub lnianą haftowaną bluzeczkę.

Ach gdyby tak wróciły te stare czasy i polskie krawcowe szyły sukienki na miarę, szewc robił nowe buty, czapnik szył kapelusze i czapki dla konkretnego klienta. Rymarz produkował walizeczki i skórzane torebki, kowal podkuwał konie, u lutnika można by było zamówić skrzypce, a introligator oprawił książkę.

Mój ojciec był kowalem, a mama krawcową i doskonale pamiętam te swojskie klimaty, kiedy tato „klepał” lemiesze i podkuwał zaprzężone do furmanek konie, a mama brała miarę na sukienkę lub spódniczkę, a później robiła przymiarki.

Wraz z rozwojem techniki powoli giną dawne tradycje polskiego rzemiosła. Znajdują się jednak jeszcze ludzie, którzy starają się zachować o tym pamięć i pokazać, że dawne zawody nie odeszły jeszcze do lamusa.

 

P.S. Jestem patriotką i chciałabym kupować produkty tylko od naszych polskich producentów, w osiedlowych sklepach i sklepikach, tak jak drzewiej bywało, a zdrową żywność tylko od polskich rolników. Póki co, to korzystam z marketów, bo ktoś mi wyprał mózg, że promocja i taniej, ale na pewno nie zdrowiej… ale pracuję nad tym, żeby to zmienić.

 

Danuta Muzyczka

 

fot. DM