Płomienna miłość „Hanyski” ze Śląska do chłopaka z gminy Werbkowice

Będzie to długa opowieść o prawdziwej i nie zmyślonej miłości…

Reklamy

Był gorący czerwcowy dzień w 2019 roku, kiedy to do mojego biura w Werbkowicach przyszła kobieta w średnim wieku, w celu skserowania dokumentów.

Moją „babską” uwagę zwróciła swoim ubiorem, była ubrana w długą sukienkę koloru palonej cegły, na ręce był przewieszony biały żakiet, spod słomkowego kapelusika na głowie wystawał pukiel siwych włosów, na nogach miała skórzane brązowe rzemyki, pachniała „słodkim” perfumem i to nie była „podróba”.

Mówiła do mnie gwarą śląską, więc nie miałam żadnych wątpliwości, skąd przyjechała w nasze strony. Od słowa do słowa i przegadałyśmy o jej życiu około 10 godzin, siedząc na skwerku w Werbkowicach. Miała czas, bo czekała na pociąg, który odjeżdżał na Śląsk z Zamościa, w późnych godzinach nocnych.

Hanyska ma na imię Barbara i zawsze mieszkała na Śląsku, w budynku wielorodzinnym z rodzicami, nazywanym „familokiem”. Ojciec był sztygarem w kopalni węgla kamiennego, a matka pracowała w pracowniczej stołówce. Nie brakowało jej niczego w życiu – była jedynaczką. Już jako dziecko wyjeżdżała często na kolonie i obozy harcerskie.

Czas leciał nieubłaganie i z małej Basi wyrosła piękna rudowłosa dziewczyna o ponętnych kształtach, ze wzrostem modelki. Kształciła się się w szkole średniej, była dobrą i rzetelną uczennicą, była też reprezentantką szkoły w siatkówce. Powiedziała mi, że miała bardzo duże powodzenie u chłopaków – kiedy szła przez park, to nawet „drzewa” się za nią oglądały i to był najlepszy czas w jej życiu.

Chłopak z gminy Werbkowice miał na imię Ryszard. Pochodził z niedużej wsi blisko Werbkowic. Jego rodzice byli rolnikami i bardzo ciężko pracowali w polu, w swoim niewielkim gospodarstwie, dlatego też Ryszard, jako młody chłopak marzył o tym, żeby wyjechać w świat do lepszego życia.

W latach 70-tych była taka moda, że młodzi chłopcy z Kresów Wschodnich, po ukończeniu szkoły podstawowej wyjeżdżali na Śląsk, w celu zdobycia wykształcenia zawodowego w szkołach przy kopalniach i innych zakładach pracy. Większość z nich już nie wróciła we wschodnie strony, bo swoje życie poukładali na Śląsku.

Młody Rysiek po ukończeniu podstawówki też postanowił wyjechać na Śląsk. Matka do wojskowego plecaka po bracie zapakowała wałówkę, ojciec motorem odwiózł na dworzec kolejowy w Werbkowicach, obydwoje rodzice pożegnali syna znakiem krzyża i Rysiek odjechał w nieznane.

A tak się zaczęła płomienna miłość Barbary i Ryszarda…

Barbara po ukończeniu szkoły średniej i zdaniu matury na 5, podjęła pracę jako księgowa w kopalni, tam gdzie pracowali jej rodzice. I żyła sobie beztrosko i wesoło, aż do pewnego lipcowego dnia, kiedy to do księgowości wszedł młody, przystojny chłopak, z czarnymi długimi włosami do ramion, ubrany w spodnie marki Wrangler i koszulę w kratkę.

Strzała Amora trafiła w Basi serce od pierwszego wejrzenia… Długo szukała okazji, żeby niby przypadkiem spotkać Ryszarda. Los tak chciał, że po pewnym czasie udało się – poszła do mamy na stołówkę i tam swoim czarem, i urokiem uwiodła chłopaka z gminy Werbkowice.

Ryszard dostał dobrą pracę w tej samej kopalni, ukończył technikum w tym kierunku i był cenionym pracownikiem.
Ich miłość rozkwitała, nie mogli bez siebie funkcjonować ani chwili. Ryszard przywiózł Barbarę do swojego domu koło Werbkowic, przedstawił rodzicom i braciom. Basia została zaakceptowana, dostała błogosławieństwo, no i wkrótce odbył się ich ślub na Śląsku. Nawet dyrektor kopalni na nim był! Długo się o tym mówiło w niewielkim miasteczku na Śląsku.

Ryszard i Barbara niedługo po ślubie dostali służbowe mieszkanie i wiodło się im, jak w bajce. Co prawda nie doczekali się potomka, ale za to mieli czas dla siebie. Często wychodzili do kina, do znajomych na śląskie biesiady do białego rana. Ich dom też często gościł znajomych – wódka, wino i piwo lały się strumieniami.

W międzyczasie, rodzice Barbary zmarli, więc najbliższą i najbardziej kochaną osobą na świecie był Ryszard. Jednak w tej swojej płomiennej miłości i codziennym zabieganiu Basia nie zauważyła tego, że Ryszard już jest alkoholikiem.
Coraz częściej po pracy chodził z kolegami na piwo do słynnych śląskich pijalni, już nie pędził jak wcześniej do swojej ukochanej Basi, nawet się zdarzało, że nie wrócił kilka razy na noc do domu.

I pomimo tego, że miłość jest ślepa i nie widzi wad, Basia zaczęła się niepokoić o męża i jego pociąg do alkoholu. Ale to już było za późno. Ryszard stracił pracę i nie wracał do domu – jego miejscem zamieszkania stały się meliny pijackie.

Barbara poprosiła rodziców Ryśka o pomoc. I przyjechali spracowani i już wiekowi rodzice, ale syna nie znaleźli na żadnej melinie.

Zaczął się czas walki Barbary o męża. Robiła wszystko, żeby go ratować, ale Ryszard coraz bardziej staczał się na dno. Pewnego razu, brudnego i zarośniętego, spotkała go na ulicy, jak prosił o pieniądze na alkohol. Poddała się, serce jej krwawiło okropnie, nie miała nikogo bliskiego na świecie – koleżanki miały swoje życie. Uciekła w świat książek. Dużo czytała i zamknęła się w domu z rozpaczy i tęsknoty za ukochanym, ale wciąż czekała.

Minęło kilka lat, kiedy z czystej ciekawości odnowiła kontakty ze „znajomymi” z melin pijackich i tam się dowiedziała, że Ryśka już od dłuższego czasu nie ma na melinach, ani go nikt nie widzi pijanego. Sprawdziła wszystkie nekrologi i zgony w urzędach, ale nie figurował nigdzie. Powróciła nadzieja i czekanie na cud.

I znów mijały kolejne lata, a Ryśka nigdzie nie było – jakby słuch o nim zaginął.

Aż pewnej pięknej majowej niedzieli po południu, ktoś nieśmiało i cichutko zapukał do drzwi Barbary. Pomyślała na początku, że pewnie sąsiadka. Ale w drzwiach stał Ryszard – wiek lekko przyprószył mu skronie, był czyściutki, pachnący i ładnie ubrany. Z miną zbitego psa zapytał, czy może wejść na chwileczkę.

Puls i serce się rozszalało Barbarze, ale zaprosiła do domu, bo to był też jego dom. Basia nie mogła wydusić z siebie ani słowa, za to Rysiek mówił bardzo długo i przejmująco, roniąc przy tym łzy wzruszenia i żalu do siebie. Nie pił już od dwóch lat, a rękę mu podał właśnie kolega pochodzący z gminy Werbkowice. Zatrudnił go w swojej firmie, dał mu wikt, opierunek i nocleg.

Miłość zwyciężyła, Ryszard wrócił do domu, Basia poszła na zasłużoną emeryturę i żyli sobie szczęśliwie i zgodnie, spacerując często po parku, tak jak przed laty w młodości bywało.

W maju 2019 roku, po cichutku w nocy odszedł do lepszego świata Ryszard rodem z Gminy Werbkowice, na zawsze. Basia przyjechała w jego rodzinne strony załatwić jakieś sprawy spadkowe i pożegnać ziemię, która wydała jej największą miłość życia, ostatni raz.

Basia od dwóch lat do mnie systematycznie dzwoni i dopowiada jeszcze historię swojej miłości do chłopaka z naszych stron, w której była radość i ból, były wzloty i upadki. Czasami życie surowo rozdawało jej punkty karne, ale miłość zwyciężyła.

Codziennie Basia odwiedza grób męża, czasami chodzi do parku poczytać książkę na ławeczce, która jej przypomina najpiękniejsze chwile spędzone z Ryśkiem.

­

Dlaczego o tym napisałam?

Przecież ta historia miłosna, jak jedna z wielu, ale ta „Hanyska” ze Śląska tak bardzo zainspirowała mnie swoją opowieścią, że nie mogłam się oprzeć!

­
Danuta Muzyczka

(fot. arch. lubiehrubie.pl)


Zobacz też:

Hrubieszowianka „Diamentową Kobietą Zamościa” (WIDEO)

Hrubieszowianka „Diamentową Kobietą Zamościa” (WIDEO)