MSZ wprowadza parlamentarzystów w błąd w sprawie skandalu wizowego

Można dostrzec problem stworzony przez urzędników niskiego szczebla i spróbować go konstruktywnie rozwiązać, a można też iść w zaparte. Tę drugą strategię przyjęło niestety kierownictwo polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które toleruje praktykę sztucznego nabijania statystyk wizowych. Wciąż jeszcze chce się nam wierzyć, że nie wynika to ze złej woli MSZ, tylko ze zwykłego braku zrozumienia, na czym polega problem.

Reklamy

12 maja 2013 roku portal porteuropa.eu opublikował artykuł „Skandal wizowy w polskich konsulatach na Białorusi”. Informowaliśmy w nim o dramatycznym apelu białoruskich internautów, którzy od wielu miesięcy nie mogą zapisać się na wizytę w polskim konsulacie aby złożyć wniosek wizowy. System e-konsulat, który miał usprawnić rejestrację, faktycznie od wielu już miesięcy jest fikcją, bo wszystkie miejsca są od razu rezerwowane przez hakerów – a konkretniej przez automatyczne „skrypty” generowane przez podejrzanych pośredników. W efekcie, aby dostać polską wizę Schengen, obywatele Białorusi (ale też Ukrainy – we Lwowie jest identycznie!) muszą płacić nawet kilkaset euro nieuczciwym pośrednikom, którzy nawet nie kryją się ze swoimi usługami.

Nasza publikacja wywołała prawdziwą burzę. O sprawie informowała Gazeta Wyborcza i inne ogólnopolskie media, kilkunastu parlamentarzystów złożyło w tej sprawie interpelacje i zapytania poselskie. Co ważne, MSZ oficjalnie przyznaje, że opisana przez nas sytuacja rzeczywiście ma miejsce. Tak, hakerzy a konkretnie automatyczne „skrypty” (programy komputerowe) pośredników wizowych rzeczywiście blokują system i rzeczywiście zwykły Białorusin nie ma nawet najmniejszych szans zapisać się na wizytę do konsulatu – przyznaje MSZ. I przy tym Ministerstwo dodaje, że będzie system zapisów usprawniać, wprowadzi call-center, a problem rozwiążą oficjalne „centra wizowe”, takie jak na sąsiedniej Ukrainie. Jednym słowem, przekaz jest taki: to co opisał portal „Port Europa” to oczywiście prawda, ale to nie nasza wina tylko złego Łukaszenki („nie zgadza się na zwiększenie liczby konsulów i na otwarcie centrów wizowych”), a mimo to my nie uciekamy od problemu i będziemy wprowadzać techniczne ulepszenia istniejącego systemu e-konsulat.

Proszę wybaczyć porównanie, ale tłumaczenia MSZ przypominają tłumaczenia Jerzego Urbana, że przyczyną braku towarów w sklepach w schyłkowym PRL wcale nie jest zły system gospodarczy, tylko spekulanci i wroga Ameryka, a mimo to rząd wszystko usprawni wprowadzając nowy system kartek na mięso. Tym razem z hologramem i znakiem wodnym według zachodniej technologii, żeby uniknąć spekulantów. A w następnym kroku rząd wprowadzi kartki na mięso i benzynę w formie czipu wszywanego pod skórę każdego obywatela – będzie tak nowocześnie. Bo istniejący system e-konsulat jest niczym innym, tylko takim odpowiednikiem PRL-owskich kartek na mięso w postaci czipów lub aplikacji na komórkę: nowoczesnych w formie, ale absurdalnych w treści.

Ministerstwo bawi się w udoskonalanie systemu e-konsulat, nie dostrzegając, że problem leży gdzie indziej. Otóż problemem jest to, że MSZ (a konkretnie konsulowie) sztucznie zawyżają ilość wydawanych Białorusinom i Ukraińcom wiz. Zamiast wydać danej osobie raz a dobrze wizę pięcioletnią, wydaje się jej wizę miesięczną, po miesiącu kolejną miesięczną, ewentualnie półroczną, roczną itp. A czasem nawet wizę na 5 dni, tydzień, 10 dni… Czasem łaskawie daje się po wielu tygodniach negocjacji bezpłatną wizę tygodniową dla tych, co jadą na festiwal „Basowiszcza” i to nawet poza oficjalnym systemem rejestracji. Że niby powinniśmy się cieszyć z łaskawości MSZ… A tymczasem do takich sytuacji nie powinno w ogóle dojść, bo osoby odwiedzające wspomniany festiwal już w 2009 roku (rok po wejściu Polski do Schengen) powinny dostać wizę pięcioletnią i aż do przyszłego roku w ogóle nie zaprzątać sobie tymi wizowymi sprawami głowy.

Zobrazujmy to na przykładzie. Jest sobie statystyczny Iwan Iwanau, przedstawiciel typowej klasy średniej z Mińska. Człowiek wykształcony, mający dobrą pracę, zarabiający na poziomie, o proeuropejskich poglądach, któremu podoba się Polska i nie podoba się obecny reżim na Białorusi – ale przy tym nie zaangażowany w działalność polityczną. Osoba jak najbardziej pożądana w Polsce. Człowiek, który chętnie spędzałby w naszym kraju wolny czas: pojechał na wycieczkę do Krakowa, w lecie wypocząłby nad polskim morzem (ile można jeździć na ciepły, ale drogi i zalatujący sowieckością Krym), a przy tym zrobił od czasu do czasu tanie zakupy w białostockich supermarketach. I w dodatku ten Iwan Iwanau brzydzi się przemytem – nigdy przyjeżdżając do Polski nie przewoził papierosów, bo uważa, że człowiek z pewnym statusem społecznym po prostu nie powinien się tym zajmować. A przy tym nasz statystyczny Iwan Iwanau ma pecha, bo nie ma jakiegoś uchwytnego szczytnego celu, który pozwalałby mu na szczególne względy wizowe. Nie jest to stypendysta programu Kalinowskiego (dla studentów, których za przekonania wyrzucili z białoruskich uczelni), nie jest prześladowany za działalność opozycyjną (nie oszukujmy się – często fikcyjną, pozorowaną, tylko po to by uzyskać zachodni grant), nie prowadzi interesów z polskimi firmami, nie jest dziennikarzem ani nie współpracuje z polskimi organizacjami pozarządowymi. A przy tym jak najdalej mu do tego, co polskie MSZ nie akceptuje – do białoruskiej władzy z jej specyficznymi metodami rządzenia.

Otóż taki statystyczny Iwan Iwanau, według wszelkich zasad zdrowego rozsądku, naszego interesu gospodarczego (chce do nas przyjeżdżać i zostawiać tu pieniądze) i zgodnie z obowiązującymi przepisami, powinien otrzymać wizę wielokrotną ważną 5 lat. Oczywiście nie od razu, ale za trzecim – czwartym razem, po wyrobieniu sobie pozytywnej historii wizowej. Czyli dajmy na to w 2002 roku Iwan Iwanau jeszcze jako student przyjechał pierwszy raz do UE – do Niemiec, otrzymując jednorazową wizę niemiecką. W 2003 roku po raz drugi i trzeci był w UE, kolejno w Polsce i Francji, za każdym razem na podstawie wiz krótkoterminowych. Ponieważ za każdym razem nie było z nim żadnych problemów (nie przemycał, wracał w terminie, nie podejmował nielegalnej pracy itp.), w 2005 roku podczas kolejnego starania się o wizę (polską) nasz przysłowiowy typowy mińszczanin powinien dostać już wizę nie krótkoterminową, ale roczną. A po upływie roku, jeżeli nadal nie wykazał się żadnymi przewinieniami, powinien już Z AUTOMATU dostać wizę pięcioletnią (maksymalny okres, na jaki obywatel Ukrainy i Białorusi może otrzymać wizę Schengen), ważną  w latach 2006 – 2011. Po jej zakończeniu powinien bez zbędnej rejestracji stawić się w polskim konsulacie i bez przedstawiania dalszych zaproszeń itp. (dotychczasowa pozytywna historia wizowa jest najlepszą rekomendacją) powinien otrzymać kolejną wizę pięcioletnią na okres 2011 – 2016. Aby uniknąć zbędnych pytań: tak, dokładnie takie zasady przewiduje Kodeks Wizowy Schengen. I dokładnie o to zabiegała swego czasu polska dyplomacja (zabiegała, a teraz nie korzysta z wywalczonych przez siebie możliwości). I dokładnie według tego schematu postępują konsulaty fińskie wobec obywateli rosyjskich, żeby daleko nie szukać.

A co w sytuacji, gdy posiadając wizę pięcioletnią, nasz Iwan nagle zejdzie na złą drogę (przestępczą, przemytniczą, lub nawet głupia praca i osiedlenie się w UE bez zezwolenia)? Takie ryzyko przecież zawsze istnieje. Nic prostszego: w takiej sytuacji już wydaną wizę można w każdej chwili anulować, a nawet objąć daną osobę zakazem wjazdu do Polski czy UE. Co nie jest wcale tak rzadką praktyką – nasza Straż Graniczna potrafi wyłapywać takie przypadki naprawdę bardzo sprawnie, więc nie ma się czego obawiać.

Tyle w teorii, a jak postępują polskie konsulaty? Otóż po prostu z nielicznymi wyjątkami nie wydają wiz nie tylko pięcioletnich, ale nawet dłuższych niż rok takim osobom, jak nasz Iwan Iwanau. W rezultacie, zamiast dostać w 2006 roku raz a dobrze wizę pięcioletnią i do konsulatu po raz kolejny zgłosić się dopiero w 2011 i następnie w 2016 roku, nasze konsulaty uparcie dają Iwanowi wizę miesięczną. Albo nawet dwutygodniową. Po prostu osobną wizę na każdą podróż, z koniecznością udowadniania za każdym razem po co Iwan chce jechać do Polski. Nasz Iwan chce pojechać na 4 dni na wycieczkę do Krakowa – musi zrobić rezerwację w hotelu, przynieść potwierdzenie, zapłacić łapówkę pośrednikom wizowym za rejestrację w systemie i dostanie wizę na tydzień (4 dni pobytu plus dojazd do i z Krakowa). Miesiąc później Iwan chce pojechać na jeden dzień zrobić zakupy w Białymstoku – znów dostanie wizę pojedynczą na jeden wyjazd, a szarpać się z tym musi cały miesiąc. Pół roku później Iwan chce pojechać na narty do Zakopanego – znów dostanie wizę na jeden wyjazd. W ciągu pięciu lat nasz Iwan otrzyma aż 25 wiz jednorazowych na wjazd do Polski i ani jednej odmowy. A takich statystycznych Iwanów jest w samym Mińsku kilkaset tysięcy. Mogliby raz a dobrze dostać wizę od razu na pięć lat – ale nie, dostaną tylko wizy krótkoterminowe i w ciągu tych pięciu lat będą stawiać się w konsulacie może nie zawsze 25 razy, ale przynajmniej kilkanaście. W lepszym wypadku dostaną wizę roczną, ale na pewno nie dłuższą.

Uprzedzimy tu od razu argument, który w tej sytuacji przytoczy MSZ. Tak, o stypendystów programu Kastusia Kalinowskiego, studentów humanistycznych kierunków, rzeczywiście potraficie dbać. Aż za dobrze – do tego stopnia, że ten program stypendialny jest często nadużywany przez osoby, które tylko udają prześladowanych z powodów politycznych (ale tu trudno o zarzuty: takie przypadki są i będą, nie da się ich uniknąć). Ci wszyscy polityczni i pseudopolityczni nie mają problemów wizowych, do konsulatu przychodzą poza kolejką i generalnie wszystko jest super. Ale to naprawdę o niczym nie świadczy, te ułatwienia dotyczą zaledwie kilkuset osób, a zwykli ludzie, nie bawiący się w politykę, spotykają się z problemami nie do przejścia.

Skąd więc te problemy ze sztucznym nabijaniem statystyk wizowych? Pomińmy tu oczywiście nasuwający się wniosek o tym, że komuś celowo zależy na tym, aby generować sztuczne kolejki i później brać pieniądze za pośrednictwo. Nie złapaliśmy nikogo za rękę, nie będziemy rzucać oskarżeń. Bardziej prawdopodobne jest to, że konsulowie po prostu sztucznie zawyżają w ten sposób ilość wydanych przez Polskę wiz. Po co? Tego też nie powiemy na sto procent, ale zauważyć można, że za każdym razem MSZ z ogromną satysfakcją informuje: „Polska wydaje najwięcej wiz Schengen w Unii Europejskiej”. „Wydaliśmy milion wiz” – w domyśle, jesteśmy tak „przyjaźnie” nastawionym wobec Białorusinów krajem UE, jak żaden inny – bo Niemcy wydały tylko sto tysięcy (dane przykładowe). Pomijamy już fakt, że każda wiza – to wpływ 60 euro do budżetu państwa, więc po odliczeniu kosztów funkcjonowania konsulatów, sztuczne zawyżanie ilości wydawanych wiz może być po prostu całkiem niezłym sposobem na zwiększenie wpływów budżetowych. Czy to bowiem będzie wiza jednorazowa wydana na 4 dni, czy wielokrotna pięcioletnia, i tak opłata (ta oficjalna, wpływająca do polskiego budżetu) będzie taka sama: 60 euro w przypadku Białorusi i 35 euro w przypadku Ukrainy (i nie mówmy tu o bezpłatnych wizach narodowych i o stypendystach-kalinowcach, bo to zupełnie inna kategoria podróżnych).

Wydaje się, że w tej niechęci polskich konsulów do wydawania wiz pięcioletnich (które rozwiązałyby problem) wcale nawet nie chodzi o korupcję, co jest często pojawiającą się sugestią. Wielu Białorusinów i Ukraińców tak to właśnie odbiera: nie dają wiz pięcioletnich ani nawet trzyletnich, lecz zmuszają tych samych ludzi by ciągle ubiegali się o nową wizę krótkoterminową – aby dostać się do konsulatu trzeba dać w łapę białoruskim pośrednikom – oficjalny system zapisów jest zablokowany przez hakerów – znaczy się, polscy konsulowie są w zmowie z białoruskimi hakerami i coś z tego mają. Otóż tu trzeba oddać sprawiedliwość polskim konsulom – poza nielicznymi przypadkami (jak w konsulatach w Łucku i Kuala Lumpur) nic takiego się nie dzieje. I nie tu trzeba szukać przyczyny problemu: nie wysyłajmy do konsulatów CBA i nie obwieszczajmy z satysfakcją, że nic nie znaleźli, bo już teraz możemy powiedzieć, że nie znajdą. 

Przyczyna patologii leży bowiem nie w korupcji, lecz w chorym nabijaniu statystyk wizowych. W stworzonym przez MSZ systemie, który uznaje „dużą liczbę wydanych wiz” za wyznacznik „dobrej jakości pracy konsulatu”. Im więcej tym lepiej. Tak właśnie do sprawy podchodzi kierownictwo MSZ, być może nawet nieświadomie. „Co się czepiacie, przecież to Polska jest najbardziej otwartym na Wschód krajem UE, bo wydała aż trzy miliony wiz, a Niemcy czy Francja tylko ułamek tej liczby. Wiadomo, że przy takim obciążeniu będą się zdarzały jakieś nieprawidłowości”. To oczywiście nie jest dosłowny cytat, tylko stwierdzenie, oddające ducha obowiązującej w MSZ filozofii. Nie wydawajmy wiz pięcioletnich ani nawet dwuletnich, szczytem naszej łaskawości niech będą wizy roczne, za to wydawajmy wizy jednokrotne, tygodniowe, miesięczne. Niech jeden i ten sam człowiek stale jeżdżący do Polski ciągle przychodzi do naszych konsulatów po nową i nową wizę. Nabijemy sobie w ten sposób statystyki i pochwalimy się: konsul przed ambasadorem, ambasador przed ministrem, a minister Sikorski przed Komisją Europejską i… przed mediami oraz parlamentarzystami składającymi w tej sprawie interpelacje poselskie.

I przeciwko takiemu mydleniu oczu parlamentarzystom chcielibyśmy stanowczo zaprotestować. To nie jest tak, że poseł złoży interpelację, a MSZ pochwali się „wydaliśmy milion wiz, jesteśmy tacy otwarci na wschodnich sąsiadów” i sprawa załatwiona. I nie przekonuje nas argument, że taka praktyka była rozpoczęta jeszcze za rządów lewicy, później była kontynuowana, gdy ministerstwem kierował Stefan Meller i Anna Fotyga, a następnie przejęli ją podwładni Radka Sikorskiego. Rządy się zmieniają, sytuacja w MSZ nie. Pora nareszcie postawić tamę temu nabijaniu sobie statystyk wizowych i rozwiązać problem raz a dobrze.

Wyraź swój sprzeciw wobec patologii wizowych – polub stronę naszej inicjatywy „Europa nieunijna bez dyskryminacji”:www.facebook.com/europanieunijna

 

Jakub Łoginow

fot. porteuropa.eu