Stanisław Eugeniusz Bodes – Z cyklu „Chwała Bohaterom” – Dzieje Oręża Polskiego – część 38 „Bitwa pod Mielejczycami – 20 VIII 1920”

Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920 roku jest dokładnie przedstawiona w ostatnich 15-tu latach, bowiem do 1989 roku to był temat tabu, który obowiązywał od 1945 roku. Obecny obraz jest trzecim tematem o najeździe bolszewickiej dziczy na nasz kraj 1920 roku, w którym przedstawiam działania wojenne wojska polskiego, a zwłaszcza dzieje jazdy polskiej. Będziemy mówić o wojnie w obronie niepodległości, a także o polskich obrońcach, którym zawdzięczamy wolność, chociaż dość krótką, bo tylko do 1939 roku. Po123 latach zaborów polski naród tylko 21 lat będzie w pełni wolnym, o czym należy pamiętać i z szacunkiem rozmawiać lub nawet czytać o obrońcach tamtych dni.

Reklamy

 

Stanisław Eugeniusz Bodes – Z cyklu „Chwała Bohaterom” – Dzieje Oręża Polskiego – część 38 „Bitwa pod Mielejczycami – 20 VIII 1920”                                                        

 

96 lat temu

 

Dnia 1 VIII 1920 roku armie bolszewickie sforsowały w pościgu za cofającymi się wojskami polskimi rzekę Bug. Została dość łatwo zajęta twierdza brzeska, po czym bolszewicy zgodnie z wytycznymi Lenina, ruszyli w kierunku naszej Warszawy.

 

Co zamierzali zrobić bolszewicy po dotarciu do granic miasta?

 

Dowódca Frontu Zachodniego Michaił Tuchaczewski chciał dopaść polskie siły główne pod stolicą, rozbić je w walnej bitwie, a pozostałe resztki zepchnąć do Wisły i w stolicy dyktować warunki. Nieprzyjaciel był przekonany, że łatwo sobie poradzi ze zdemoralizowaną w trakcie długiego odwrotu i częściowo rozbitą armią polską. Zwłaszcza, że szpiedzy i lewicowi zdrajcy donosili jak to prości żołnierze czekają tylko na bolszewickie armie, żeby przeciwstawić się polskim panom. Także wśród robotników duże grupy czerwonego proletariatu sabotują pracę, oczekując z niecierpliwością czerwonych współbraci i wyzwolicieli.                                               

Tysiące bolszewików w dobrych nastrojach, zwłaszcza, kiedy komisarze zapewniali czerwonoarmistów, że w zdobytej Warszawie będzie można pohulać do woli i obłowić się, jak nigdy dotąd. Na czym to miało polegać, wiedzieli o tym dobrze mieszkańcy polskich miast, miasteczek i wsi, które znalazły się na trasie takich wyzwolicieli. Na zajętych obszarach czerwona propaganda okłamywała wszystkich Polaków, gdzie tylko powstawały ośrodki obcej władzy, ale także wprowadzała w błąd własnych żołnierzy przedstawiając wszystkim sytuację nieprawdziwą na froncie. Zresztą kłamstwa, to specyfika komunizmu czy socjalizmu, który jak pamiętamy do ostatnich lat zachował te negatywne i antyludzkie dyrektywy.

 

To był chyba najgorszy czas dla polskiego państwa, które dopiero leczyło straty i rany po I wojnie światowej, a tu taka straszna i prymitywna nawała ze wschodu niszcząca na swej drodze wszystko. Jak znaleziono wyjście z tej beznadziejnej sytuacji?

 

Tak, sądzę, że ten najgorszy okres trzeba było przetrzymać, nie dać się złamać, a jeszcze odbić zagarnięte tereny, na których szalał straszliwy terror. Wierzę, że wszystko było oparte na przemocy pod hasłem „Obalenia burżuazyjnego państwa polskiego”, oddania władzy w ręce ludu pracującego. Jak taka władza wyglądała, wiedzieli ci, którzy wpadli w łapy bolszewików, zdrajców, kolaborantów i różnych mętów, którzy garnęli się do ludowej władzy. W prasie warszawskiej aż roiło się od sensacyjnych wiadomości na ten temat. Liczni uciekinierzy, którym udało się ujść i ocalić życie, opowiadali mrożące krew w żyłach liczne przypadki zbrodni.

Oprócz mordów, zbiorowych gwałtów, złodziejstwa, olbrzymiego wandalizmu, jakiego nigdy jeszcze nie widziano, bo czego nie można było ukraść, to niszczono. Tym bardziej, że do nowej władzy garnęły się różnego rodzaju męty społeczne, element lewicowy i tysiące Żydów, którzy bolszewików witali jak wyzwolicieli, tysiące z nich znów powitają czerwonych w 1939 roku jako swoich ukochanych towarzyszy. Szła do władzy ciemna biedota miejska i wiejska ogłupiona i chciwa majątków. Co mogło spotkać najgorszego Polaków, to właśnie oddziały bolszewickie i czerwonej milicji dokonujące rekwizycji, które dopuszczały się najgorszych zniszczeń, a często zwykłych zbrodni na polskich obywatelach.

 

Czy taka niesprawiedliwość, terror mógł być powodem niezwykłej determinacji bardzo dużej części narodu i wojska polskiego?

 

            Jak najbardziej! Na terenie całego kraju nie zajętego jeszcze przez bolszewików powstało około 3 tys. powiatowych, miejskich i dzielnicowych „Obywatelskich Komitetów Obrony Państwa”. Na ich czele stanęli na ogół ludzie szanowani w środowiskach, działacze społeczni, byli powstańcy, naukowcy, znani artyści czy księża. Po kraju przetoczyła się wielka akcja zbierania lekarstw, środków opatrunkowych czy żywności. Powstawały liczne punkty pomocy społecznej, a na dworcach wydawano uciekinierom gorące posiłki. Utworzono straże miejskie i obywatelskie patrole pilnujące porządku w miastach i na wsiach. Pojawiły się także odezwy nowego rządu do narodu o wstępowaniu do Armii Ochotniczej.  

        Zaapelowano do rządów i społeczeństw europejskich o pomoc wojskową w odparciu bolszewików jako wspólnego zagrożenia dla innych narodów. Jak widzisz, takie działania ratujące kraj i bohaterstwo polskich żołnierzy oraz wielka wiara w słuszność narodowej sprawy przyczyniły się do pokonania strasznego ze swoich mordów napastnika. Jak choćby fakt na moim obrazie o wymordowaniu polskiego personelu szpitala polowego (lazaret) razem z rannymi.

             

Teraz staje się to bardziej zrozumiałe, dlaczego zatrzymano na przedpolach Warszawy armie bolszewickie. Czy tak?

           

            Przygotowania polskie do bitwy na przedpolach stolicy ruszyły pełną parą, zgromadzono oddziały wojskowe, czołgi, artylerię i lotnictwo. Okopy obsadziła 1 Armia gen. Franciszka Latinika licząca 70 tys. z tego w pierwszej linii 40 tys. 269 dział, 453 karabiny maszynowe, 39 czołgów i 2 eskadry lotnicze.                           

            Marszałek Józef Piłsudski razem z Szefem Sztabu Generalnego gen. Tadeuszem Rozwadowskim opracowali plan powstrzymania i rozbicia armii bolszewickich nacierających na Warszawę. W stolicy zjawiła się francuska misja wojskowa, której przewodniczył gen. Maxime Weygande i która miała za zadanie pomóc polskim oficerom zrealizować plany rozbicia nieprzyjaciela. Wojsko polskie mimo kilkumiesięcznych walk przedstawiało wciąż nadal wysokie morale owiane wieloletnim duchem tradycji niepodległościowych i historii. Oficerowie zaś dbali, aby podrzucane przez agentów i sympatyków rewolucyjne ulotki nie mąciły w głowach prostych żołnierzy, a oddziały tworzyły zwarte i pewne szeregi.

 

Jak przedstawiała się potęga wojsk bolszewickich, które podeszły pod naszą stolicę?

 

            Oddziały ruskie XVI Armii i część III Armii miały do dyspozycji 45 tys. żołnierzy, 200 dział i setki karabinów maszynowych. Czołowe uderzenie miała wykonać armia Nikołaja Sołłohuba, byłego oficera carskiej armii, składająca się z 5 dywizji strzeleckich, dodatkowo jeszcze wzmocniona 21 dywizją strzelecką z III Armii Władimira Łazariewa, także byłego oficera carskiego. W całej operacji pokonania Polaków pod Warszawą doszła jeszcze IV Armia Jewgienija Siergiejewicza i dodatkowo III Korpus Kawalerii Gaja Bziszkjana, który miał od północy oskrzydlić polskie wojska. 

            To nie koniec, była jeszcze XV Armia Augusta Korka, ppłk carskiego, który na ochotnika wstąpił do czerwonych wojsk już w 1918 roku. Całość ugrupowania miała osłaniać Grupa Mozyrska, składająca się z 2 dywizji. Do tych jednostek zbliżała się od wschodu Grupa Uderzeniowa Artylerii, która 16 VIII wjechała do Mińska Mazowieckiego, a to już niedaleko, skąd mogła ostrzeliwać przedpola Warszawy i samo miasto. Bolszewicy szykowali się do ostatecznego natarcia na okopy o świcie 14 VIII i taką depeszę radiową przechwycili Polacy.

            Tego dnia rozgorzały niezwykle zacięte walki o Radzymin, który kilka razy przechodził z rąk do rąk. D-ca frontu liczył bardzo w trakcie ogólnego szturmu na Grupę Uderzeniową Artylerii, która właśnie służyła do przełamywania rejonów umocnionych. W jej skład wchodziło 6 baterii ciężkich i 6 baterii lekkich, razem: 24 działa z obsługą, łącznie 2876 żołnierzy i 1571 koni. Grupą dowodził Jakowlew i znów kadra oficerska składała się z byłej carskiej armii. Powolny marsz grupy spowodował, że została ona daleko z tyłu i nie mogła wziąć udziału w szturmie. Zresztą zapasy pocisków były na wyczerpaniu, dlatego udano się do m. Raśno, gdzie miano oczekiwać na dostawy amunicji. W mieście dopadł ich łącznik ze sztabu z rozkazem zatrzymania i zawrócenia grupy z powrotem aż do granic miejscowości. Przez wiele godzin trwało zawracanie kolumny o dług. 5 km, bowiem bałagan z każdą chwilą się powiększał.

 

Co dzieje się na froncie w okolicach stolicy, czy Polacy dalej atakują, czy są widoczne oznaki powodzenia?

 

            Wojska polskie kontratakiem przy wsparciu dział, czołgów i samolotów odzyskały pierwszą linię obrony, pędząc do tyłu przetrzebione w walkach dywizje i pułki wroga, które po czterech dniach wróciły na pozycje wyjściowe skąd rozpoczynały szturm. Od północnego skrzydła 5 Armia gen. Władysława Sikorskiego w ciężkich walkach parła do przodu, rozbijając III i XV armie bolszewickie. Najgorzej przedstawiała się sytuacja wojsk znad Wieprza, skąd 16 VIII zgodnie z rozkazem polska Grupa Uderzeniowa ruszyła do ataku. 

           Wojska Polskie także 17 VIII kontynuowały ofensywę w nakazanych kierunkach, a Tuchaczewski dalej nie wiedział o groźbie, jaka zawisła nad jego armiami. Dlatego, że Polacy złamali szyfr i czytali depesze, a przy okazji całkowicie zagłuszali radiostacje bolszewickiego sztabu uniemożliwiając połączenia z podległymi armiami czy dywizjami. Także interesująca nas Grupa Uderzeniowa Artylerii dalej czekała w Mińsku na rozkazy, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia. Czekali tak długo, aż zobaczyli tabory i żołnierzy z rozbitych oddziałów, które uciekały na wschód. Ogłoszono alarm i pojechano do Kałuszyna, gdzie po drodze przybyły łącznik kazał zaczekać na 17 dywizjon artylerii. Do Grupy Uderzeniowej dołączyły 3 haubice, 20 dowódców, 382 żołnierzy i artylerzystów oraz 158 koni. 

            Teraz cała grupa liczyła 13 ciężkich dział, 24 lekkie i 14 karabinów maszynowych. Razem było 123 oficerów, 3155 żołnierzy i 1729 koni. Przez dzień wobec zatłoczonych dróg dojechano tylko do Sokołowa Podlaskiego.

           

Czy ścigająca bolszewików polska kawaleria była w stanie bić uciekających z uwagi na wielką przewagę wciąż groźnych wrogów?

 

            Najbardziej cieszą mnie opowieści oficerów i żołnierzy, którzy wyzwalali Mińsk i inne miasta po drodze. Nie sposób opisać, bo wzruszenie ściska gardło, gdy czyta się wspomnienia polskich żołnierzy. Maszerujących żołnierzy obsypywano naręczami kwiatów, tłumy kobiet, młodzieży i dzieci biły brawo, obdarowując wojsko żywnością, słodyczami, owocami, a także papierosami. Entuzjazm przechodził wszelkie wyobrażenia, że tak się można było cieszyć.

 

Jak taką radość i prawdę ukrywano o wojnie 1920 roku ukrywano w czasach naszej młodości, czy nawet trzydzieści lat wcześniej?

 

            Wyobraź sobie, że wszędzie biły dzwony kościelne. Kilku oficerów opowiadając swoje wrażenia, mówili, że często mieli dziwne złudzenia czy mają do czynienia z normalnymi ludźmi, ponieważ w pościgu za bolszewikami na trasie przejazdu, przemarszu przez różne miejscowości, kobiety i mężczyźni padali do nóg żołnierzy, obejmowali je i całowali z radości. Setki mężczyzn brało porzucone karabiny i chciało od razu iść i walczyć razem z wojskiem. Na prowincji całe wsie wychodziły na drogi na spotkanie żołnierzy z kwiatami, chlebem, serem, mlekiem czy kubkami miodu, byle tylko ugościć swoich wyzwolicieli. Za to uciekających bolszewików i zdrajców często sami chłopi uzbrojeni w widły i siekiery napadali, gdzie się dało wymierzając im od razu sprawiedliwość społeczną.           

            Ścigano niedoszłych zdobywców Polski i Europy po polach, lasach i zabudowaniach gospodarczych, biorąc dość często odwet za zbrodnie i kradzieże. Zemsta umęczonej ludności może być surowa, ale zawsze jest adekwatna do zbrodni i nieprawości, jakich się dopuszczali bolszewicy, którzy całymi gromadami zaczęli oddawać się do niewoli niż być zabitym przez dyszących zemstą mieszkańców. Łapano także zdradzieckich Żydów, szpiegów czy zdrajców, którzy masowo popierali bolszewików, wydając bolszewikom tych Polaków, którzy byli patriotami czy należeli do elity państwa. Stawiano przystrojone bramy witające wyzwolicieli ze wschodu i tworząc od razu czerwoną milicję, do której garnęły się najgorsze męty. Zresztą to samo powtórzy się jeszcze wielokrotnie na wschodnich granicach w 1939 roku.

 

Taka sprawiedliwość zawsze ma miejsce, gdy wróg narusza ogólne normy nawet w czasie wojny i jedynie terrorem pragnie przy pomocy miejscowych zaprowadzić porządek na swoim zapleczu?

 

            Zdarzały się przypadki, że pojedynczy żołnierze polscy lub większe patrole brały do niewoli dużo większe oddziały wroga. Nawet kobiety wiejskie uzbrojone w widły i motyki prowadziły z gromadą wyrostków złapanych bolszewików, by oddać ich żołnierzom.                       

            Czy taki naród, mający takich obrońców można było tak zwyczajnie podbić i krwawymi represjami zmusić ludzi do uległości, nawet przy poparciu zdrajców. Nie, nawet dwie wielkie potęgi olbrzymimi zbrodniami nie dały rady wymazać nasz naród z mapy Europy. W tym miejscu warto przytoczyć do wydarzeń z 1920 roku zapomnianą żurawiejkę:

Jedzie sobie z Poniechówka szwoleżerów kupa,

                      Lejba Trocki to zobaczył, już go boli d…!

            Dn. 18 VIII Grupa Jakowlewa dotarła do Bugu pod Drohiczynem, gdzie zamierzano przeprawić się na drugi brzeg. Od dwóch dni posuwającą się wolno kolumnę długą na kilka kilometrów ostrzeliwali polscy partyzanci. Jak widać, takie działanie, to nasza narodowa cnota. Ich ogień za każdym razem trafiał w ludzi i konie, wywołując ogólną panikę. Gdy wysyłano grupę pościgową, po strzelających nie było już śladu. Okazało się po wojnie, że cofające się wojsko polskie tworzyło w tajemnicy składy broni, amunicji i materiałów wybuchowych, z których po przejściu frontu miały korzystać różne ochotnicze i partyzanckie oddziały.

 

Jak mogły wyglądać drogi, którymi uciekały niedobitki bolszewickiej armii spod Warszawy?

 

            Drogi, jak po przejściu cyklonu, wszędzie leżały połamane wozy, różne pojazdy, armaty, padłe konie, zabici i ranni bolszewicy, którymi nikt się nie przejmował. Przy samej przeprawie droga była zatarasowana aż trzema rzędami taborów 8, 10 i 17 dywizji, Tysiące wozów, furmanek i bryczek całkowicie zatkały dojazd. I znów pod osłoną nocy partyzanci podeszli blisko i dopiero wtedy otworzyli ogień w kilku miejscach, powodując nieopisany chaos i bałagan. Wszyscy na drodze strzelali na oślep, często do siebie. Rano okazało się, że straty były bardzo duże w zabitych i rannych.

            Dopiero o 3-ciej nad ranem Grupa Uderzeniowa mogła przekroczyć rzekę i trochę wypocząć. Żołnierze bez jedzenia kładli się na gołej ziemi, bo wszystkie kwatery były zajęte przez ocalałych dowódców i komisarzy. Świtem o 5-tej znów przystąpiły do ataku grupy mścicieli i partyzantów, którzy ostrzelali artylerzystów przy działach. Powstało kolejne zamieszanie, po czym bolszewicy bez dalszego odpoczynku udali się do Siemiatycz, skąd skierowano ich Bielska Podlaskiego, bowiem wszystkie drogi były zapchane uciekinierami. Wszyscy na okrzyk „partyzanci!” kryli się pod wozami lub gdzie popadło, nie myśląc o walce.

 

To tak wyglądał odwrót niezwyciężonej armii czerwonego proletariatu, który chciał po trupie Polski zawieść żagiew rewolucji na zachód Europy. Czy takie obrazy będą już do końca?

 

           Nie zawsze, często strach powodował reakcje bardziej ostre, gdy trafiały się zwarte grupy trzymane żelazną ręką przez dowódców czy komisarzy, którzy wielu własnych żołnierzy rozstrzeliwali na miejscu. Grupa Uderzeniowa Artylerii, bo o niej jest obraz i moja opowieść dotarła wieczorem do Nurca, który był nieprzejezdny z uwagi na porzucony sprzęt. Tutaj Jakowlew uzyskał informacje, że w Bielsku są Polacy. Postanowiono, więc wyruszyć nie zwlekając do Hajnówki. Los tak się potoczył, że do bolszewików zbliżała się IV Brygada Jazdy ppłk Nieniewskiego, która stanęła na odpoczynek w Wysokiem Litewskiem.                              

            Wielką rolę odegrał dywizjon rtm Czarneckiego liczący w dwóch szwadronach tylko 150 szabel. Z rozkazem rotmistrza czołowy pluton poderwał konie i spadł jak burza między domy, biorąc do niewoli kilkunastu jeńców właśnie w Mielejczycach. W nocy od strony Daszy wjechał samochód wiozący oficera ze sztabu, przy którym znaleziono rozkazy XVI armii.

            Dowiedziano się jak będzie wyglądał dalszy marsz Grupy Uderzeniowej do Hajnówki, przez Mielejczyce i Kleszczele. Zreorganizowano od nowa kolumnę, utworzono osłonę artylerii ze 180 strzelców Jewsiejewa i oddział konny dowodzony przez Bessonowa. Grupę osłony tyłów wzięli na siebie komisarze Multanow i Konnberg.

 

Przed nami zapowiadana bitwa pod Mielejczycami?

 

            Tymczasem 16 Pułk Ułanów mjr Kmicica-Skrzyńskiego ruszył w pościg za kolumną artylerii, której ogon był ciągle 4 km przed Mielejczycami. 1 szwadron 3 P. Ułanów i 3 szwadron z dwoma CKM-mi z odległości 300 m otworzył ogień po kolumnie, wywołując panikę wśród przestraszonej piechoty, która zamiast walczyć, zaczęła się chować między wozami. Widząc taką wolę walki szwadrony ruszyły po obu stronach drogi do szarży. Zdobycz okazała się wspaniała, 13 dział i dwa jaszcze wypełnione amunicją. Część ułanów została, by zabezpieczyć działa i odesłać je do Nurca. W transporcie pomagali sami taboryci i żołnierze, których ułani płazując szablami zmusili do pośpiechu.

 

Czy nie za mało naszych ułanów, przecież była mowa o brygadzie jazdy?

 

         Właściwie to półtora szwadronu ruszyło do szaleńczej szarży i zniknęło w masie wrogów. Bolszewikom udało się uratować czoło kolumny i wyprowadzić działa za ostatnie zabudowania i stamtąd ostrzelać ułanów, inni chcieli w tym czasie atakiem rozbić ułanów. Jednak ulica była zatkana rozbitym sprzętem, uniemożliwił ruch do przodu. Doszło jeszcze, gdy zostali nakryci ogniem km-ów, ponieśli straty i ratując, co się dało skręcili do Daszy, skąd też dostali ogień. Skręcili, więc w boczną drogę, ale tam zaczęły się zapadać w bagnie działa, wozy i konie.

         Działa stały po osie w lepkim błocie, ludzie także zaczęli grzęznąć. W takiej sytuacji Jakowlew wydał ostatni rozkaz porzucenia armat i ratowania się na własną rękę, wiedząc, że po dotarciu do swoich i tak dostanie w „czapę”. Polscy ułani dopadli unieruchomionych dział i jeszcze wzięli 60 jeńców. Pozostała ciągle grupka osłonowa Kronnberga, który zdobył wieś i oswobodził jeńców wziętych w Żukowie. Ostatnia kolumna ruszyła w drogę powiększając się o uciekinierów rozbitej wcześniej głównej kolumny.                  

         To wtedy w trakcie walk zginął jeden z najdzielniejszych ułanów 16 pułku podchor.. Antoni Wasiutyński, po śmierci mianowany podporucznikiem.

 

Czyżby Polacy stracili z oczu ten ostatni już oddział. Kiedy i jak natrafiono na nich?

 

         IV Brygada Jazdy tego dnia maszerowała także w tym samym kierunku, tylko inną drogą. Przodem jechał dywizjon 7 P. Ułanów mjr Jana Lewandowskiego, który dotarł do wsi, skąd ujrzał na drodze bolszewicki tabor i kilka armat osłanianych przez piechurów. Z jednej strony maszerowali strzelcy, a z drugiej jechało około 30 konnych, krótko trwała bitwa, ocalałe resztki bolszewików wbrew komisarzom poddały się polskim ułanom. 

        W tym momencie trzeba stwierdzić, że bolszewicka Grupa Uderzeniowa Artylerii, która miała zniszczyć umocnienia polskie pod Warszawą i ostrzelać miasto przestała istnieć. Ułani zdobyli ostatnie 14 dział z jaszczami, 14 ckm-ów, podwody i 400 jeńców.                                     

         Od początku pościgu, aż do bitwy pod Mielejczycami bilans walk wyniósł:                             

Zostały zdobyte 23 działa lekkie, 12 ciężkich, 142 km, kilkaset wozów taborowych z dobytkiem zrabowanym po drodze oraz ze sprzętem wojennym, a także 900 jeńców. Bolszewicy stracili, zatem cały sprzęt, 49 dowódców i komisarzy, 1613 żołnierzy i 1441 koni. Dokonali tego ułani IV Brygady Jazdy, 3 P.Ułanów–1 szwadron 7 P. Ułanów Lubelskich–2 szwadrony 16 P. Ułanów Poznańskich-4 szwadrony i 6 ckm-ów Razem: 500 ułanów.

         W obrazie z lewej strony widać ułanów 16 pułku, a z prawej ułanów 7 pułku. Teraz należy uzmysłowić sobie wielkie bohaterstwo kilkuset ułanów, którzy rozgromili czterokrotnie liczniejszego nieprzyjaciela.

 

Jak powinniśmy podsumować pogrom bolszewickich wojsk, które od 1919 roku toczyły z nami mordercze boje?

 

         Państwo polskie stanęło na wysokości zadania i z wielkim trudem obroniło kraj od bolszewickiej zarazy. Jednak straty i zniszczenia poniesione w tej wojnie były niezmiernie dotkliwe. Zaważyło to znacząco w latach kryzysu, jak również w opóźnieniach w stosunku do innych państw. W 1939 roku Stalin nie popełnił już tych błędów, które popełniło dowództwo w 1920 roku. W następnym po zwycięskiej wojnie zawarto bardzo szybko pokój z bolszewikami w Rydze, który oddawał Rosji bolszewickiej tysiące km2 z kilkoma milionami obywateli II Rzeczpospolitej.

         Czytając dzisiaj z uwagą poszczególne punkty paktu odnoszę wrażenie, że niekompetencja zawierających pokój graniczyła ze zdradą, tak też opinia publiczna oceniała punkty traktatu po fakcie. Tym samym sprowadzono na Polaków zamieszkujące oddane tereny straszliwe represje, które zaczęli wprowadzać bolszewicy w trakcie utrwalania swojej władzy.

         Czytając relacje ludzi, którzy ocaleli, puszczają nerwy na barbarzyńskie metody męczenia niewinnych ludzi. Już sama wojna była okropnością, którą tak przejmująco opisała Zofia Kossak w „Pożodze”, a która powinna być lekturą obowiązkową w szkołach od 20 lat. Nie mniej tragiczne są losy powojennych bohaterów, mało znane ogółowi Polaków, a młodzieży w szczególności. Ten temat także należy włączyć do nauki obowiązkowej.

 

Powracam do działań frontowych, co tragicznego się wydarzyło, że oswobodzeni ludzie padali na kolana przed polskimi żołnierzami?

 

         Widzisz, to wciąż mało znana część zbrodni wojennych rewolucji Lenina w konfrontacji z polskim państwem. Wspomnę jeszcze tylko o zdarzeniu, które chyba najbardziej było wstrętne i o dziwo nie dotyczyło zbrodni przeciw człowiekowi, a tylko bestialstwo wobec szlachetnych zwierząt, które w naszej kulturze darzono zawsze wielką przyjaźnią. Chodzi o konie, które często egzystowały w lepszych warunkach niż ludzie, zresztą i dzisiaj jest podobnie, ale nie o to przecież chodzi. 

            Wracam, więc do meritum, bo chodzi o dwór w Antoninach, gdzie hodowano najwspanialsze klacze arabskie. Wszystkie te konie szlachetnej krwi żyły w luksusowych warunkach rodząc potomstwo, które przynosiły sławę całej polskiej hodowli. Otóż pewnego dnia wpadła do dworu rewolucyjna dzicz, która od razu zaczęła się raczyć znalezionym alkoholem, rabunkiem i niszczeniem wszystkiego. Popełniano liczne gwałty i zbrodnie, jednak największą była kradzież wszystkich hodowlanych matek, które rozdzielano od młodych. Brano brutalnie pod prymitywne siodła także ciężarne klacze, które musiały szybko paść, czym  nikt się z tej dziczy nie przejmował. Według świadków przy stajniach podczas wymarszu dochodziło do dantejskich scen, które zwykłych, normalnych ludzi mogły przyprawić o zawał. 

         Miałem kiedyś zamiar namalować obraz o tej zbrodni i rozpaczy arabskich klaczy, które nie chciały samowolnie opuścić stajen bez swoich młodych. Walczyły tak długo ile miały sił, póki ich łapy okrutnych w swej ciemnocie ludzi biciem nie zmusiły do narzuconej niewoli.                 

         Materiał hodowlany najwyższej klasy od wielu pokoleń został zmarnowany w ciągu jednego dnia. Byli mieszkańcy i pracownicy majątku, którzy przeżyli, płakali opowiadając ze wszystkimi szczegółami owe tragiczne wydarzenia.

 

Mówiłeś o dwóch przypadkach, co w takim razie mogło się wydarzyć jeszcze gorszego, że zwlekasz z drugą relacją?

 

         Ten zbrodniczy fakt na zwierzętach (koń) jest, a właściwie stał się symbolem ludzkiego zezwierzęcenia, o których myślałem, że tylko wojna potrafi wydobyć z człowieka takie ohydne postawy, ale jak powiedział rtm Pilecki, gdy był katowany po wojnie przez UB, że za drutami obozu, gdzie samowolnie spędził 947 dni. Cytuję: przy ubeckich katowniach Auschwitz to igraszka” Wracam do zdarzenia z 1920 roku, bo to z nich brali przykład kaci z NKWD czy UB. Opisał owe jedno krwawe wydarzenie Kaden- Bandrowski.

            Młody oficer, który opuścił rodzinny dom i strony uchodząc przed bolszewikami. Zemsta czerwonych była straszna, z żądzy odwetu zniszczono starodawny, pełen pamiątek polski dwór, wycięto sad pełen rzadkich owoców, zniszczono zadbane ogrody, o wymordowanych domownikach nie wspominam, bo przed śmiercią zostali straszliwie okaleczeni, w czym brali jak zwykle udział mieszkańcy okolicznych wsi, w których to nie było Polaków. To wszystko się działo, kiedy zwycięskie hordy pędziły naprzód. Wiele tygodni później po odparciu wroga wojsko polskie ścigało uciekające czerwone watahy, które całymi gromadami uchodziły ku granicom polskiego państwa popełniając po drodze liczne mordy. Takie jak rozstrzeliwanie jeńców wojennych, w tym setki przytrzymywanych działaczy narodowych czy urzędników. To już wtedy naszym żołnierzom obcinano kończyny, języki, wydłubywano oczy, zakopywano czy palono żywcem. (Skąd my to znamy, oczywiście z lat ostatniej wojny). I tak dalej, katalog okrutnych śmierci jest długi i będzie powielany jeszcze wiele razy. W tym właśnie miejscu chcę przedstawić wyjątkowy zbrodniczy i ohydny czyn.                                                  

             Jaki jest koń każdy wie, kto konno jeździ i kocha konie, zwłaszcza i tu posłużę się przykładem z najbliższego otoczenia. Mówię o naszych hrubieszowskich strzelcach konnych czy ułanach „Komarowskiej Potrzeby”, którzy na koniach czują się lepiej niż wielu z nas w wygodnych fotelach. Zatem krótka chwila skupienia i przypominam drugie zdarzenie, które mną wstrząsnęło:

            Patrol polskiej kawalerii wyprzedzając pułk, zmierza przed zmrokiem na tereny, które przed godziną zostały w pośpiechu opuszczone przez niedobitki bolszewików. Lecz, co to? Na pagórku przed nimi w promieniach zachodzącego słońca stoi dziwna maszkara do niczego, ani do nikogo nie podobna, aż żołnierzy przeszedł dziwny dreszcz, a konie zaczęły okazywać wielki niepokój. Wielu ułanów zaczęło się żegnać, bo, mimo, że byli już blisko, dalej nikt nie może określić istoty na wzniesieniu. Dopiero, gdy podjechano na kilkanaście metrów, wszyscy jak jeden zamarli z przerażenia i niewypowiedzianego bólu.                                                                             

         Przed nimi stał obdarty żywcem ze skóry polski koń, którego bolszewicy tak na odchodne dla prostackiego żartu potraktowali. Czegoś podobnego nikt jeszcze nie widział, owo okrucieństwo względem niewinnego stworzenia pozostało niezrozumiałe żadną miarą, nawet u dzikich i barbarzyńskich Hunów czegoś takiego nie było. Jak to wytłumaczyć? Pozostawiam, zatem czytelników z tym opisem, niech każdy sobie na własny sposób dokończy epilog, także i takich wspomnień o wojnie 1920 roku.

         Odcinek ten dedykuję uczestnikowi wojny 1919-1920 roku, walczył w 1 batalionie Strzelców Nadniemeńskich, bohaterowi czasu okupacji 1939-1945 oraz przeciw komunistom. To także d-ca 2 komp. 4 Wileńskiej Brygady AK „Zagończyk”, czyli Feliks Selmanowicz, który w 70 rocznicę tragicznej śmierci, został awansowany na stopień ppłk, a który jak wiemy zginął zamordowany razem z 17-letnią „Inką”, o której niedawno wspominałem. Właśnie takich prawdziwych bohaterów musimy przez następne lata zachować w wdzięcznej pamięci. Mam nadzieję, że już niedługo na lekcjach historii młodzież zapozna się z ich niezwykłym życiem     i odważną działalnością w obronie narodowej niepodległości. Powinni, wzorem największych polskich bohaterów z poprzednich lat znaleźć się w świętym miejscu, czyli „Narodowym panteonie”.

            Na zakończenie kilka starych fotografii z moim ojcem, najwcześniejsze i bardzo ciekawe zdjęcie zbiorowe z nieznanego miejsca. Miał chyba tyle lat, co dzisiaj mój syn Krystian. Wycieczka rowerowa do Warszawy (pierwszy z lewej), spacer zimowy z przyjaciółmi po Hrubieszowie oraz letni ulicami Włodzimierza, a także widok z Mysiej Wieży na jezioro Gopło z Waldkiem Mszaneckim.

 

Galeria:

„Bitwa pod Mielejczycami”- 20 VIII 1920, ol.-pł. 82×119 cm, (1997) nr inw. 454

„Śmierć ks. I. Skorupki pod Ossowem”- 14 VIII 1920, ol.-pł.72×64 cm, (1993) nr inw.402

„Wjazd gen. Stanisława Bułak-Bałachowicza do Łęcznej”- 1920 roku, ol.-pł. 65×73 cm, (2002) nr inw. 636 (to jeden z największych niezależnych partyzanckich bohaterów swego czasu. Arcyciekawa pod każdym względem postać, nadająca się do filmu. Zdobyłem nowe materiały, dlatego zostanie namalowany konno w innym mundurze i na pierwszym planie. Prawdziwy zagończyk XX wieku, który dowodził międzynarodowym oddziałem na terenie kilku krajów przeciw wojskom bolszewickim).

„Czerezwyczajka”-1920, ol.-pł. 63×77 cm, (1995) nr inw. 471 (Wymordowanie personelu medycznego i wszystkich rannych oprócz jednego, który świadczyć będzie o zbrodni).

 


Reprodukcje i Zdjęcia: Zofia Bodes,

Wywiad: Marek Ambroży Kitliński

Opracowanie: Stanisław E. Bodes i Marek A. Kitliński




Czytaj również – (Galerie):

Stanisław Eugeniusz Bodes „Chwała Bohaterom” – Dzieje Oręża Polskiego – część 34„Paryż” – 1871

Stanisław Eugeniusz Bodes „Chwała Bohaterom” – Dzieje Oręża Polskiego – część 35 „Epila”–1809

Stanisław Eugeniusz Bodes „Chwała Bohaterom” – Dzieje Oręża Polskiego – część 36 „Kair”  – 1798

Stanisław Eugeniusz Bodes „Chwała Bohaterom” – Dzieje Oręża Polskiego – część 37 „Zbaraż” 1649

itd. do pierwszego numeru

 

Wydania specjalne – (Galerie):

Stanisław Eugeniusz Bodes – „Chwała Bohaterom” – Dzieje Oręża Polskiego – Wydanie specjalne nr 8 „Lipsk – Bitwa Narodów” 16 – 19 X 1813 roku

Stanisław Eugeniusz Bodes – „Chwała Bohaterom” – Dzieje Oręża Polskiego – Wydanie specjalne nr 9 – Jubileusz

Stanisław Eugeniusz Bodes „Chwała Bohaterom” – Dzieje Oręża Polskiego – Wydanie specjalne nr 10 – „Wyprawy Krzyżowe”

itd. do pierwszego numeru