Mój sentymentalny spacer po Podhorcach

Każdy z nas chętnie lubi powracać do czasów swojej młodości, i do miejsc gdzie był nasz rodzinny dom.

Reklamy

 

Był piękny upalny dzień 11 czerwca 2020 r. – Boże Ciało, kiedy w samo południe odwiedziłam takie miejsca w Podhorcach, które przywołały najpiękniejsze chwile mojej młodości.

Swoją wędrówkę rozpoczęłam od kościółka w Podhorcach, na trawie leżały jeszcze świeże płatki z kwiatuszków, które dziewczynki sypały podczas procesji. Na kościelnym placu sfotografowałam stary pomnik, i dzwonnicę w której kiedyś odbywały się lekcje religii. Szukałam też w sąsiedztwie kościoła, jakiegoś śladu po szkole podstawowej do której uczęszczałam, ale nie znalazłam nic, ktoś na tym placu zasiał zboże.

Spacerowałam sobie polną dróżką na skraju wioski, którą kiedyś chodziliśmy się kąpać do rzeki Huczwy, przez gminne pastwisko gdzie jako wiejskie dzieci, całe wakacje pasaliśmy krowy. Minęło już dużo czasu i niektóre drzewa ze starości pousychały i przytulone do siebie, czekają na drwali. Zarosły już wydeptane przez nas ścieżki na skróty, nikt już nie pasie krów na gminnym pastwisku, gdzieś w oddali widziałam piękny dywan polnych kwiatów i tatarak taki duży jak nigdy wcześniej.

W drodze powrotnej moją uwagę przykuł stary drewniany płotek i zarośnięta chwastami stara studnia u państwa Jurków.

Nie ma już kąpieliska na rzece Huczwie w Podhorcach, ale w mojej głowie nie zatarły się wspomnienia z tego miejsca. Jedliśmy wtedy chleb ze smalcem i cebulą, popijaliśmy wodą z rzeki, bo coś trzeba było jeść i pić przez cały dzień, pasąc krowy. Leżeliśmy beztrosko w wysokiej trawie, licząc chmury, a sprzymierzeniec skowronek polny, zawieszony w bezruchu śpiewał dla nas swoim perlistym i wibrującym głosem, najpiękniejsze utwory świata.

Do pobliskich gospodarstw chodziliśmy na jabłka papierówki, czereśnie i na czerwone porzeczki, oczywiście podczas nieobecności gospodarzy. Jedliśmy mak prosto z makówek, naklejaliśmy skrzydełka klonu na noskach, robiliśmy lalki z kaczanów kukurydzy i robiliśmy namioty z gałęzi drzew. Tak niewiele wówczas brakowało nam do czystej, nieudawanej radości i byliśmy szczęśliwi jak nikt inny.

Mieszkałam blisko kościółka, więc ktoś nazwał naszą ulicę Kościelna i tak pozostało do dzisiaj. Ja jednak nazwałabym ją inaczej, w mojej pamięci pozostał widok kwitnących wiśni w maju, i wtedy nazwałabym ulicą Wiśniową, bo w oczach dziecka był to najpiękniejszy raj na świecie.

Szłam szybkim krokiem ulicą Kościelną w Podhorcach, moją uwagę zwróciły bocianie gniazda, prawie na każdym słupie elektrycznym. Co prawda przeraziłam się trochę, opustoszałymi domami z mojej dawnej ulicy, ale zrekompensował mi to widok małych bocianiątek, czekających na pokarm z otwartymi dzióbkami.

Zatrzymałam się na chwileczkę przy moim rodzinnym domu, i natychmiast powróciły wspomnienia z dzieciństwa i mojej młodości. Już nie ma tych drzew za moim rodzinnym domem, po których łaziliśmy do zmroku łapiąc w maju chrabąszcze do pudełek po zapałkach. Już nie ma na tej ulicy moich koleżanek i kolegów, z którymi spędzałam najwięcej czasu, swojego dzieciństwa. Nie ma już naszej stodoły, gdzie nieodłącznym atrybutem było pachnące sianko, a prawdziwą frajdą było spanie na sianie przez całe lato, i sny były takie przyjemne i byliśmy zawsze wyspani. Wtedy nikt z nas nie miał swojego pokoju i spanie w stodole, dawało nam chociaż troszeczkę prywatności.

Czasami brakuje mi sierpniowego krajobrazu ze snopkami słomy i stogami, przy których maszyna młóciła snopki zbóż, a do worków sypało się złociste ziarno. Tęskno mi czasami za tym, jak wydeptanymi ścieżeczkami chodziliśmy do ciuchci wąskotorowej do Gozdowa, żeby dojechać do Hrubieszowa. W tamtych czasach nikt nie dowoził dzieci do odległych szkół, szkolne autobusy istniały dla nas tylko w amerykańskich filmach.

Kiedyś było jakoś fajniej, na naszej ulicy było bardzo dużo młodych ludzi, graliśmy w dwa ognie i w palanta, nie mieliśmy kieszonkowego ale za to w kurniku były jajka, które można było sprzedać w sklepie za iryski sezamkowe i oranżadę. W samym centrum Podhorzec do dzisiaj jest przystanek i biały krzyż, przy którym było stałe miejsce spotkań młodzieży wiejskiej.

Na lekkim wzniesieniu jest pięknie odnowiona wiejska świetlica i placówka OSP w Podhorcach. Do świetlicy bardzo często wracam myślami, bowiem zostawiłam tutaj jakąś cząstkę swojej młodości, to w tej świetlicy ktoś ukierunkował moje życie, ucząc mnie gry w pingponga, to tutaj ktoś zasiał we mnie miłość do sportu, która trwa do dzisiaj. Świetlica w Podhorcach, przypomina mi też szalone zabawy do białego rana, gdzie sala pękała w szwach, młodzi ludzie z Werbkowic i okolic bardzo tłumnie uczestniczyli wtedy w imprezach.

Tuż za świetlicą było boisko do piłki nożnej i siatkowej, a drzewostan obok nazywano „sadem”. Było dużo drzew owocowych, z których jedliśmy niedojrzałe i nie umyte owoce, były jabłonie i grusze panienki, jesienią jedliśmy owoce dzikiej róży, a z kwiatów nasze mamy smażyły dżem do pączków. Przysiadłam sobie na schodach świetlicy w Podhorcach i stwierdziłam, że chociaż upłynęło już tyle lat odkąd tutaj nie mieszkam, to nadal znam każdy skrawek mojej rodzinnej miejscowości Podhorce.

Tak już chyba jest w naszym życiu, że pamiętamy z młodości tylko te dobre chwile, jak gdyby jakiś niewidzialny filtr przepuszczał to, co dobre było. W pewnym wieku, coraz bardziej tęsknimy za rodzinnym domem i rodzicami, których już z nami nie ma.

I wszystko oddalibyśmy, za to żeby chociaż na jeden dzień powróciła do nas ta piękna, durna, szalona, beztroska i coraz bardziej odległa młodość w Podhorcach.

 

Danuta Muzyczka

fot.: Danuta Muzyczka