Nie ważne – gdzie jesteś, ważne – w co wierzysz. Wywiad z Dariuszem Okuniewskim z Holandii

Życie na emigracji to dla wielu z Polaków przykra konieczność. Niestety czasy mamy takie, że chyba nie za bardzo możemy liczyć na jakiekolwiek zmiany. Świąteczny czas i koniec roku, to okazja do zatrzymania się na chwilę w miejscu i zastanowienia nad wieloma sprawami. Warto też pomyśleć o tych, którzy do kraju na te święta przyjechać nie mogli. Jak im się na obczyźnie żyje, jakie mają potrzeby i za czym tęsknią? No i najważniejsze pytanie to – czy Zachód, to rzeczywiście kraina mlekiem i miodem płynąca? Dotarliśmy do Pana Dariusza Okuniewskiego, który 19 lat temu opuścił Hrubieszów, zamieniając go na miasteczko Gemert w Północnej Brabancji, w malowniczej Holandii.

Reklamy


Dlaczego Pan wyjechał?

Dariusza Okuniewski – Wyjechałem, jak większość naszych rodaków, za chlebem. Początkowo miało to być na chwilę, ale los sprawił, że zostanę tu już chyba na stałe.

 

Chyba…? Czyli ciągnie Pana wciąż do Polski?

Oczywiście, Polska to mój kraj i nigdy się go nie wyrzeknę. Moje dzieci staram się wychowywać zgodnie z polską tradycją. Choć chodzą do holenderskich szkół, w domu mówią po polsku. Jedynie z moją żoną mówią po niderlandzku.

 

Właśnie, tworzycie tzw. „rodzinę mieszaną”. Czy z tego powodu rodzą się jakieś nieporozumienia? Pytam w sensie kulturowym, czy też właśnie tradycji, o której Pan wspomniał.

Staramy się z Samanthą przekazywać oczywiście obie kultury. Jeśli chodzi o tutejszą, to wielkiego problemu z tego powodu nie ma, bo chłopcy chodzą do holenderskiej szkoły. Kiedy natomiast jesteśmy wszyscy razem w domu, wtedy staram się im mówić o Polsce. Poza tym, dzisiejsza technika poszła tak daleko, że można naprawdę wiele ciekawych rzeczy innym przekazywać.

Co do ewentualnych problemów w domu, to oprócz tych małżeńskich (śmiech), to nie ma żadnego, ponieważ Holandia ma dosłownie niewielkie różnice od Polski w swoich tradycjach i kulturze. Nasze kraje współpracują ze sobą od blisko 300 lat, co powoduje, że faktycznie łatwo jest nam się tu zaaklimatyzować.

 

Stworzył Pan coś w rodzaju organizacji pozarządowej o nazwie Zjednoczeni w Holandii. Na czym to polega i w jakim celu została ona utworzona?

Ogólnie w życiu jest tak, że pomimo dobrych chęci, nie zawsze idzie tak, jakbyśmy chcieli. Grupa została stworzona początkowo zwyczajnie, na social mediach, aby ludzie mieszkający w NL mogli sobie gdzieś porozmawiać w swoim języku, czy też umawiać się ze sobą. Szybko się jednak okazało, że potrzeby ludzkie zweryfikowały charakter tej grupy. Coraz więcej zaczynało się pojawiać próśb o pomoc. Przykładowo – ktoś został wyrzucony z domu lub pracy, zostając bez pieniędzy na ulicy. Ktoś inny ma kłopoty w sprawnym poruszaniu się w kwestiach administracyjnych i wiele, wiele innych podobnych spraw. Tak zwana „proza życia”, którą na emigracji przechodzi się dwa razy boleśniej, niż w kraju, gdyż w wielu przypadkach ci ludzie nie mają na kogo liczyć.

 

Czyli życie na emigracji to nie taki miód, jak się słyszy?

To zależy, co się przez to rozumie. Tak naprawdę, tu w Holandii, przez ostatnich kilka lat mamy prawdziwy exodus naszych rodaków z Polski, głównie bardzo młodych, między 19 – 27 lat. Kompletnie nieprzygotowani do życia zmieniają swoje otoczenie. Niestety, co chwilę słyszymy o jakimś samobójstwie, czy wypadku z udziałem Polaków. Emigrowanie w tak dużych liczbach powoduje, że oprócz pozyskania dużej liczby rąk do pracy, pozyskujemy również poważne problemy społeczne. Nasza grupa „Zjednoczeni w Holandii” ma za zadanie właśnie z tymi problemami społecznymi sobie radzić i każdy, kto ma jakiś kłopot, czy problem, może się do nas zgłosić. Nasze motto to „Polak Polakowi bratem. a nie wilkiem”.

 

Jakie efekty w pracy przynosi ta grupa?

Naszym flagowym projektem jest Piknik Polonijny, na którym spotykamy się wszyscy i zwyczajnie bawimy. Głównie chodzi tu o dzieci – aby mogły się spotykać ze sobą i nawiązywać nowe znajomości oraz przyjaźnie. To bardzo ważne. Pomagamy również oficjalnym organizacjom, takim jak „Paczka dla Bohatera”, rozwożąc wcześniej przygotowane kartony naszym weteranom z czasów II wojny światowej. Tu w Holandii wciąż żyje jeszcze trzech żołnierzy 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Współpracujemy też z wieloma fundacjami. Wszystko, co robimy, to forma wolontariatu. Od nikogo nie bierzemy pieniędzy.

 

Co by Pan poradził młodym ludziom chcącym wyjechać do Holandii?

Przede wszystkim, aby nie sugerowali się tym, że mogą sobie tu „zapalić”, więc dlatego przyjadą. Może i Holandia jest liberalna, ale tak samo nie jest przygotowana na naszą „hałaśliwą” mentalność (śmiech).

A tak poważnie mówiąc, to bardzo ważne jest, aby mniej więcej wiedzieć, co to jest Holandia, jakie ma przepisy prawne, jak wygląda służba zdrowia. Kwestia ubezpieczeń jest również bardzo ważna.

Często bywa tak, że ktoś jest chory i nie wie, gdzie może pójść, a jak już znajdzie jakiegoś lekarza, to najczęściej w ogóle nie jest przyjmowany. Na pewno warto przyjechać do Holandii pracować, ale warto też się zainteresować tym wszystkim – abyśmy my, jako „Zjednoczeni w Holandii” mieli mniej pracy (śmiech).

 

Gdzie spędził Pan święta – w Polsce, czy w Holandii?

Tym razem spędziliśmy je w Holandii. Staramy się co roku być raz tu, raz tu. Różnie to jednak bywa. Ale jak wspominałem wcześniej, technika tak daleko zaszła, że i z tym nie ma większego problemu – zawsze można przez wideo-rozmowę zjeść wspólnie kolację z rodziną w Polsce (śmiech).

 

Dziękujemy za rozmowę.

Do zobaczenia w Polsce. Dumny jestem z bycia Polakiem i cieszą się, że mogę reprezentować nasz kraj i moje ukochane miasto Hrubieszów.

 

 

tekst: Klaudiusz Rogowiec

fot. Dariusz Okuniewski (arch. rodzinne)