Dyplom fizjoterapeuty WSZiA uznawany w Europie i Stanach Zjednoczonych

Rozmowa z Agatą Józefowicz, absolwentką fizjoterapii w Wyższej Szkole Zarządzania i Administracji w Zamościu. Agata mieszka i pracuje jako fizjoterapeuta w USA.

Reklamy

– Czy trudno zostać fizjoterapeutą w USA?

– Uważam, że każde studia wymagają w pewnym sensie poświęcenia i zaangażowania jeśli chce się w przyszłości sumiennie wykonywać swój zawód. W USA do kierunku fizjoterapii przykłada się szczególną uwagę, ponieważ zawód ten uważany jest za bardzo prestiżowy. Spoczywa na nim duża odpowiedzialność. Rehabilitacja jest integralną, niezbędną cześcią procesu leczenia o czym przekonana jest służba zdrowia i nie jest to kwestionowane, a jedynie kontrolowane przez ubezpieczenia.

Na kierunek fizjoterapii w poszczególnych uczelniach w USA dostaje się niewielka liczba kandydatów z reguły jest to 30 osób na rok. Uczelnie dysponują dwoma programami: PTA- Bachelor of Science 3 letnia studia (licencjat), a także w ostatnim czasie zreformowano program PT- Master of Physical Therapy (magister) i utworzono DPT Doctor of Physical Therapy 5-6 letnie studia. Tak naprawdę nie ma wielkiej różnicy pomiędzy PT a DPT. Reforma została wprowadzona z takiego powodu, że fizjoterapeuci w USA mają szeroką autonomię w wykonywaniu zawodu. Mogą działać całkowicie niezależnie od lekarza i aby nikomu nie uchybić Doctor of Physical Therapy lepiej brzmi niż Physical Therapist. Przed rozpoczęciem programu wymagane są tzw. core course curriculum – kursy, które trzeba ukończyć z wysokim wynikiem i one decydują czy kandydat zostanie zaakceptowany do programu. Później student musi utrzymać wysoką średnią, aby móc dalej się kształcić na przykład na programie DPT. 

Podczas zajęć, wykładowcy bardzo restrykcyjnie oceniają  studentów. Z reguły jeśli ktoś nie spełnia wymaganych kryteriów i nie nadąża z materiałem jest usuwany z programu. Studiowanie fizjoterapii jest dość drogą inwestycją. Średnio cały program na DPT kosztuje 80 tys. dolarów. Poziom ceny wyznacza oczywiście prestiż uczelni. Każda uczelnia w USA jest płatna, niezależnie czy to państwowa czy prywatna. 
Zarobki są na poziomie około 75 tys. dolarów na rok. W związku z tym wiele osób nie decyduje się na podejmowanie kształcenia w tym kierunku, ze względu na duże ryzyko nie ukończenia studiów i narażenia się na ogromne koszty związane z czesnym za szkołę. Ponadto studia kończą się państwowym egzaminem.

NPTE (egzamin), który wymaga od kandydata połączenia podstawowej wiedzy z zakresu fizjoterapii z klinicznym doświadczeniam w celu interpretacji, analizowania i rozwiązywania problemów dotyczących realistycznych sytuacji klinicznych. Pytania są bardzo podchwytliwe, wymagają solidnego przygotowania od kandytata i niestety dość często trzeba podchodzić kilkakrotnie do egzaminu, by go zdać. Uważam, że jest to rozsądne podejście, ponieważ po pierwsze jest kontrola ilości corocznych absolwentów i buduje się korzystniejszy rynek pracy. Po drugie eliminuje studentów, którzy nie są właściwie przygotowani do zawodu, bądź podejmują decyzję o wyborze kierunku z braku pomysłu na życie.

 – Na czym polega nostryfikacja dyplomu?

– Proces nostrifikacji, przypomina trochę loterię, czyli jak dobrze trafisz to wygrasz nagrodę główną. Wynika to z tego, że każdy stan w USA ma swoje prawa i restrykcje co do procesu nostryfikacji, co już wprowadza bałagan, ponieważ w każdym stanie proces ten może zupełnie inaczej przebiegać i co innego może być wymagane od kandydata. Po drugie kandydaci kończą studia na różnych uczelniach, które nieznacznie, ale często różnią się programem nauczania i ta niewielka różnica w tym przypadku może wydłużyć czas nostrifikacji. Czyli jak pasujesz do szablonu wymaganego przez konkretny stan to wszystko pomyślnie się zakończy. Jeśli czegoś Ci zabraknie, a mowa o przedmiotach, godzinach, praktykach i ocenach, bo wszystko jest brane pod uwagę, to wtedy musisz dorobić brakujący element.

W moim przypadku dokumenty do nostrifikacji składałam w New York State i po 7 miesiącach oczekiwania wszystko pomyślnie się ułożyło. Moje studia zostały uznane i otrzymałam PT czyli Master of Physical Therapy bez jakichkolwiek problemów. Jestem bardzo wdzięczna za to, że Wyższa Szkoła Zarządzania i Administracji w Zamościu realizuje program nauczania, który nie tylko spełnia kryteria europejskie, ale także i amerykańskie. Teraz jedyna rzecz jeszcze wymagana do uzyskania licencji i legalnego wykonywania zawodu w USA to zdanie państwowego egzaminu NPTE, który tak samo wymagany jest od obcokrajowców jak i od absolwentów z USA. Dla kontrastu przytoczę przypadek mojej znajomej absolwentki AWF z Krakowa, która w tym samym czasie co ja zaczęła proces nostrifikacji i niestety nie spełniła wymagań ponieważ zabrakło jej 250 godzin praktyk klinicznych. W obecnej sytuacji musi praktyki dorobić, ale to oczywiście wydłuża czas oczekiwania na potwierdzenie dyplomu, który obecnie już zajął jej 14 miesięcy.

Proces nostryfikacji w NYState należy zacząć od znalezienia agencji, która zajmuje się korespondowaniem z uczelnią i kompletowaniem dokumentów. W moim przypadku była to: Foreign Credentialing Commission on Physical Therapy. Następnie taka agencja wysyła komplet dokumentów do New York State Education Department, który podejmuje decyzję czy program nauczania na uczelni kandydata pokrywa się z programem wymaganym przez NYSED. Jeśli wszystko jest zatwierdzone to pozostaje zdać egzamin państwowy, a jeżeli przedmioty nie pokrywają się wtedy trzeba wrócić do szkoły na dalszą edukację i uzupełnić braki. Wówczas proces wydłuża się nawet o kilkanaście miesięcy, co jest kosztowne, pracochłonne i często mało komfortowe zwłaszcza jak wymagane jest uczestnictwo w zajęciach typu biologia, chemia czy angielski. 

– Czy polski system edukacji bardzo różni się od norm amerykańskich?

Program nauczania, wydaje się być podobny pod względem klasyfikacji przedmiotów, lecz merytorycznie uważam, że znacznie się różni. Wnioski swoje oprę na przykładzie prywatnego gabinetu fizjoterapeutycznego, w którym pracuję, a także po częściowym zapoznaniu się z piśmienictwem medycznym wymaganym w uczelniach.
Fizjoterapeuci w USA mają szeroką autonomię w swoim zawodzie i mogą pracować całkowicie niezależnie od lekarzy. Większość ubezpieczycieli nie wymaga skierowania od lekarza, aby pacjent mógł podjąć leczenie fizjoterapeutyczne i aby koszt leczenia był zwrócony przez ubezpieczenie. W tym wypadku bardzo często fizjoterapeuta, a w USA Doctor of Physical Therapy, staje się „lekarzem pierwszego kontaktu“ w zaburzeniach narządu układu ruchu. Fizjoterapeuta musi zdiagnozować pacjenta, ustalić plan przebiegu leczenia, przeprowadzić je i podjąć decyzję o zakończeniu leczenia. Cała dokumentacja czyli „initial evaluation“ wysyłana jest do ubezpieczyciela, które na tej podstawie przyznaje pacjentowi ilość wizyt do wykorzystania na terapię.
Najczęściej pacjent po wymianie stawu biodrowego czy kolanowego ma przyznanych tylko 20 wizyt od ubezpieczyciela, a za dalsze leczenie musi płacić sam, co tutaj jest bardzo kosztowne. Dla pocieszenia, chyba nigdzie nie istnieje idealna służba zdrowia. Metody leczenia oczywiście są podobne, ale różnią się powszechnością ich zastosowania. W USA w pierwszej kolejności stawia się na terapię manualną, wszelkie mobilizacje, manipulacje są rekomendowane w przwracaniu właściwej funkcjonalnej i mechanicznej wydolności segmentów ruchowych zaburzonych przez proces chorobowy, zamiast jednoznacznego skupiania się na jednostce chorobowej. Wszelki stretching przykurczonych mięśni i ich poprawne wzmacnianie są ważnymi elementami w terapii. Często fizjoterapeuci kończą dodatkowe kursy, szkolenia z zakresu medycyny ruchu, aby bliżej poznać kinematykę i biomechanikę ciała ludzkiego. Z kolei fizykoterapia, którą uważam za przydatną w ostrych fazach procesu chorobowego nie jest tutaj aż tak popularna. A szkoda, bo stretchingiem nie zawsze wyleczymy ostrą fazę zapalenia ścięgna podeszwowego. W tej dziedzinie Polacy może nie są pionierami, ale na pewno szerzej stosujemy fizykoterapię i lepiej jesteśmy do tego przygotowani. Zauważyłam, że najczęściej stosuje się tutaj prądy interfencyjne razem z „cold lub hot packs“ i ultradźwięki, czasami laser i jonoforezę. Nie widziłam jeszcze ani krioterapii ani pola magnetycznego, bardzo rzadko TENS. Mam czasami wrażenie, że ubogi zakres zastosowania fizykoterapii wynika z braku przygotowania fizjoterapetów do jej praktykowania, bo rzadko kiedy mają oni coś konkretnego na ten temat do powiedzenia. Jest to bardzo ciekawe zjawisko, jednakże jeszcze nie do końca dla mnie zrozumiałe.

– Jak generalnie oceniasz naszą fizjoterapię przez pryzmat doświadczeń amerykańskich?

– Wydaję mi się, że wiedza uzyskana na studiach jest adekwatna do powierzanych obowiązków fizjoterapeucie, w pozytywnym i negatywnym sensie tego znaczenia. W Polsce fizjoterapeuci nie posiadają tak szerokiej autonomii w praktykowaniu swojego zawodu i są praktycznie uzależnieni od decyzji lekarza. Ma to logiczne wytłumaczenie, bo program nauczania nie wystarczająco przygotowuje fizjoterapeutów do samodzielnej pracy. Ale z drugiej strony solidnie przygotowuje absolwentów w zakresie obowiązków należących do fizjoterapeuty pod kierunkiem lekarza. Studiując jeszcze w Polsce wiele razy słyszałam o konieczności zmian w poszerzeniu autonomii praktykujących fizjoterapeutów. Ale uważam, że zanim to mogłoby nastąpić należałoby również zreformować program nauczania i wyeksponować ten zawód jako jeden z prestiżowych, pożądanych, jak również dobrze płatnych. Z pewnością zahamowałoby to tendencję przekwalfikowywania się fizjoterapetów na pracowników SPA, tzw. masażystów komercyjnych: masujących bambusami, bańkami czy czekoladą. Wiele osób tłumaczy ten wybór ciężkim rynkiem pracy, wielu nie odnalazło się w zawodzie fizjoterapeuty. A niektórzy wybierają ten rodzaj pracy, bo nie czują się dostatecznie przygotowani w zawodzie. Zawód ten nabiera charakteru komercyjnego i często utożsamiany jest z masażystą lub trenerem sportowym, przez co traci na wartości i nie rozwija sie w kierunku medycznym. Jest to oczywiście spowodowane wieloma czynnikami, ale pamiętajmy, aby model rehabilitacji w Polsce nadal był zachowany, a rehabilitacja odbywała sie na wysokim poziomie może konieczna jest właśnie reforma. 

Z punktu widzenia fizjoterapeuty wydaje mi się, że jeszcze wielu lekarzy w Polsce nie zdaje sobie sprawy jak ważna i niezbędna jest fizjoterapia w procesie leczenia czy profilaktyki i aby to zmienić trzeba pamiętać, że konieczna jest współpraca na równym poziomie z poszanowaniem i zrozumieniem. Wydaje mi się, że polscy fizjoterapeuci są właściwie przygotowani do zawodu pod względem merytorycznym, trochę gorzej z praktyką tj. zastosowaniem posiadanej wiedzy w analizie realnych klinicznych przypadków. Generalnie uważam, że zawód fizjoterapeuty ma duży potencjał rozwojowy w Polsce, ale wymaga wykwalifikowanego personelu, który równocześnie ze świadomym i kompetentym działaniem jak i z pasją będzie go praktykował.

Kocham to co robię, pasję rozwijam z każdym dniem i nowym pacjentem. Widzę sens swojej pracy, mierzę wysoko i zawsze wierzę w osiągnięcie celu. Na pewno jeszcze dużo mam przed sobą nauki, ale wiem, że jestem na właściwej drodze. Życzę wszystkim studentom Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Zamościu wytrwałości i spojrzenia na świat poza pryzmat otaczających nas granic.
Za pomoc dziękuję profesorom Wydziału Fizjoterapii WSZiA w Zamościu, którzy przyczynili się do rozwoju moich pasji i zainteresowań.

 

Źródło i fot. WSZiA