Małgorzata Todd: Lekcja pokera odc. 175

– Te wyniki sondażu są pewne? Można im wierzyć? – To nie ma większego znaczenia. Od czegoś trzeba zacząć. Zastanawiam się właśnie, od czego. Może by tak ogłosić, że każdy kto na pana zagłosuje, otrzyma tysiąc złotych?

Reklamy

 

Lekcja pokera
odcinek 175

– Te wyniki sondażu są pewne? Można im wierzyć?
– To nie ma większego znaczenia. Od czegoś trzeba zacząć. Zastanawiam się właśnie, od czego. Może by tak ogłosić, że każdy kto na pana zagłosuje, otrzyma tysiąc złotych?
– Przecież to nonsens – oburzył się Buchniarz.
– Tym bym się nie przejmował – odparł Polewa. – Gorzej, że taka deklaracja byłaby niezgodna z prawem.
– Sam pan widzi.
– Prawo można by spróbować jakoś obejść.
– A jak ludzie zaczną domagać się obiecanych pieniędzy?
– Jak? Przecież wybory są tajne. Nikt nie udowodni, na kogo głosował.
– No właśnie. Przecież wszyscy o tym wiedzą.
– Pan stale się łudzi, że wyborcy posługują się rozumem. W wolnej konkurencji mądrości z głupotą, ta pierwsza nie ma szans.Gdyby tak było, reklamy nie wmawiałyby, że wystarczy wysłać jeden SMS, żeby zarezerwować sobie i odebrać „swojego” mercedesa.
– Mimo to nie przeceniałbym głupoty.
– Ja ją tylko staram się docenić. W połączeniu z chciwością bywa mieszanką wybuchową, ale i nieobliczalną. Mam też inny pomysł. Wystarczy zacząć wmawiać ludziom, że brak poparcia dla Buchniarza oznacza ciemnogród i zacofanie. Nikt przecież nie lubi być wytykany palcem jako burak – Jakub Polewa rozsiadł się wygodniej na skórzanej kanapie w gabinecie już nie byłego, lecz nadal pełniącego swe obowiązki posła. Założył noga na nogę, pokazując podeszwy nowych butów i pociągnął głębszy łyk ze szklanki.
– Dobra whisky – pochwalił.
Polityk milczał. Zaczynał snuć własne myśli, które stawały się coraz przyjemniejsze wraz z ilością wysączonego trunku, ale nie tylko z tego powodu. Słowa Polewy działały jak balsam na jego skołataną duszę. Nagle pomyślał, że właściwie niczego nie wie o swoim nowym rzeczniku. Wypadało spytać chociaż ogólnie o poglądy.
– Poglądy? – zdziwił się Jakub. – Zawsze miewam takie, jakie ma mój Naczelny.
– Kto? Myślałem, że w waszej stacji to pan jest…
– Przejęzyczenie. Miałem oczywiście na myśli, że zawsze podzielam poglądy człowieka, dla którego pracuję.
Polewa czuł, że łapie wiatr w żagle. Teraz otworzą się przed nim wszystkie drzwi, nawet te dotąd zamknięte. Kiedy Buchniarz zostanie prezydentem, on będzie kimś w rodzaju „nadprezydenta”. Wałęsa miał ludzi, na których spadała odpowiedzialność za jego błędy. Tym razem będzie odwrotnie, marzył. To on, Polewa, będzie podejmował decyzje, a w razie niepowodzenia cięgi zbierze prezydent. Jest zbyt słaby, żeby się przeciwstawić, nie mówiąc już o wdzięczności za wylansowanie go. Wdzięczność. Słowo, które dawno straciło sens w świecie, w którym się Polewa obracał. Raczej teczka, hak.
Nagle uświadomił sobie, że nie ma niczego na Buchniarza. Wszystko zostało powiedziane. Jego homoseksualizm wygrywają przecież jako zaletę. Ba, nawet zbrodnia uszła mu na sucho. Polewa próbował nazwać swoje uczucia, jakimi darzy tego człowieka. Były czymś w rodzaju podziwu pomieszanego z pogardą. Dziwne.
– Czyli pana zdaniem, mam szanse? – upewnił się Buchniarz. – Nawet… Nawet gdyby to i owo wyszło na jaw?
– Już się przecież mleko wylało. Czyżby miał pan jeszcze jakiegoś trupa w szafie?
Buchniarz wzdrygnął się na to określenie.
– Nie. Oczywiście, że nie mam niczego do ukrycia. Tylko trudno mi uwierzyć, że już naprawdę jest po wszystkim.
– Czyż proces nie dowiódł pańskiej niewinności? Nie muszę panu chyba przypominać, kto wygrał u nas wybory dwa razy z rzędu? Nieudolnych kłamstw na temat własnego wykształcenia nikt mu przecież nie brał za złe, a pociąg do nadużywania alkoholu udowodnił wręcz, że to „swój chłop”.
– Niby tak.
– Żadne niby. Tłum nie kieruje się rozumem. Elektorat z natury rzeczy rozumie, że rozumieć zbyt wiele nie powinien.
– Dobrze powiedziane – pochwalił poseł. – Ale czy bez zaplecza partii naprawdę mam szanse?
– Niech pan tylko wygra, a zaplecze się znajdzie. Na tym etapie to nawet lepiej, żeby był pan postrzegany jako człowiek spoza układu.
– To chyba niemożliwe. – U nas wszystko jest możliwe. Nie ma pan pojęcia, co można telewidzowi… chciałem powiedzieć wyborcy, wcisnąć. Od nas samych zależy, czy chcemy żyć w kraju poprawnym politycznie, podziwianym przez Unię, czy stale zbuntowanym.
– Może powinienem zacząć się udzielać. Na przykład pojawić się na uroczystościach w Katyniu.
– Z którą delegacją, rządową czy prezydencką?
– Myślałem o prezydenckiej. Jako poseł mógłbym się wystarać o miejsce w prezydenckim samolocie.
– To niebezpieczne.
– O jakim niebezpieczeństwie pan mówi? Nie odczuwam lęku przed lataniem. Chyba że ma pan na myśli jakieś niebezpieczeństwo natury politycznej.
– Odradzam – Polewa był powściągliwy, ale stanowczy.
– Ale…
– Uważam, że pokazywanie się u boku prezydenta byłoby przedwczesne – Polewa miał nadzieję, że jego rozmówca nie zażąda uzasadnienia tych słów.
– Pan wie coś ważnego.
– Ja? Cóż ja mogę wiedzieć? Jestem tylko skromnym publicystą – Na wszelki wypadek zmienił jednak temat. – A wie pan, czytałem ostatnio ciekawy artykuł. Autor analizował zbrodnie polityczne. Wyłowił taką ciekawostkę, że najlepsi w planowaniu zbrodni politycznej są ludzie Mosadu. KGB, mimo iż wyrosła na tak zwanej gospodarce planowej, woli działanie żywiołowe. Wiadomy jest tylko cel, ale okoliczności powstają raczej dzięki nieudacznictwu niż profesjonalizmowi. Ot, wystarczy podsunąć butelkę z wódką w odpowiednim momencie. Taki dróżnik kolejowy, czy kontroler lotów, jeśli ma do wyboru wypić na znak przyjaźni, czy wzgardzić poczęstunkiem ze względów służbowych, raczej służbistą się nie okaże.
– Chyba autor nie doceniał radzieckich… chciałem powiedzieć rosyjskich służb specjalnych.
– Dał taki przykład. Żeby rozbić samolot z niewygodnymi ludźmi na pokładzie, najlepiej kazać mu lądować na małym lotnisku, sadzając na wieży lotów jakiegoś żółtodzioba. Później moskiewscy eksperci sprawdzają czarne skrzynki i znajdują w nich oczywiście to, co znaleźć powinni. Najlepiej błąd pilota albo złą pogodę.
– Pogoda jest do zweryfikowania. Mogą być świadkowie.
– Tych z dobrą pamięcią nikt o zdanie nie zapyta.
– No dobrze, ale faktycznie samolot trzeba albo zestrzelić, albo umieścić na jego pokładzie bombę. Jak inaczej spadnie? A gdyby była bomba, to samolot rozerwałoby na strzępy. To chyba byłoby dla wszystkich oczywiste?
– Jako dziennikarz mógłbym panu niejedno na ten temat opowiedzieć. Wystarczy ludziom w kółko powtarzać to samo, żeby zapomnieli języka w gębie. Gdyby na przykład samolot rozpadł się na drobne kawałki, to na wstępie wystarczy powiedzieć, że zamach bombowy eksperci wykluczyli.
– Myśli pan, że wystarczyłoby?
– Zapewniam. Generał… – Polewa nagle urwał. Zdał sobie sprawą, że się zagalopował. – Co to ja chciałem powiedzieć? – Właśnie. Po co pan mi to opowiada?
– Sam nie wiem. Ot, tak jakoś się zgadało. Wie pan co? Najlepiej niech pan zapomni, co powiedziałem.

Reklamy

 

CDN…

 

Czytaj i pobierz ten odcinek powieści w pliku PDF. Już teraz można zamówić całość w formie e-booka za jedynie 20 zł wpłacając należność na konto Wydawnictwa TWINS (dane w stopce na blogu) oraz podając e-mail do wysyłki.


Małgorzata Todd

mtodd.pl/blog